Wejście i plac zabaw

Go down

Wejście i plac zabaw

Pisanie by Mistrz Gry on Wto 30 Wrz 2014, 23:24






Sierociniec świętego Hieronima ulokowany jest na przedmieściach Londynu w sąsiedztwie kościoła anglikańskiego świętego Hieronima oraz publicznej szkoły podstawowej imieniem Virginii Wolf. Prowadzony przez zakonnice i osoby świeckie. Przyjmuje dzieci z Londynu i okolicznych wsi. Bardzo uboga instytucja.

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Cornelia Vandom on Sro 15 Paź 2014, 17:54

To że Hieronim był ubogą instytucją, każdy wiedział. Szczególnie dzieci, które mieszkały tu od niemowlaka... Kiepskie żarcie i beznadziejna opieka. Dzieci zmuszane do tego czego nie powinny i karane za byle co. A trzeba było jeszcze dodać, że pracują tu wredne jędzę w języku mugoli zwane siostrami zakonnymi. Wzór do naśladowania cetera i tak dalej... Normalnie kraina miodem płynąca, ale do rzeczy.
Wiadomo bałagan trzeba było posprzątać. Nikt jednak nie lubił sprzątać - jak to dzieci. Corni nie przepadała za zmazywaniem obrzydliwej owsianki z podłogi. Aczkolwiek tam było miejsce tego jedzonka. Morgi zgodziła się na ucieczkę. Większość dzieciaków się bała zwiać, ale oni najwidoczniej jeszcze nie dojrzeli, nie zrozumieli, że Hieronim to nie życie tylko więzienie. Vandom była bardzo mądrą dziewczynką i wiedziała, że tym razem powinno się udać. Hartonówna w tej swojej główce miała wiele ciekawych pomysłów. Cwana z niej bestia była. Tym razem na pewno się uda! Cornelia szybko pochwyciła pomysł koleżanki i podeszła do kubła z czymś co nazywano kiedyś jedzeniem. To była ich przykrywka! Wyszły na zewnątrz. Pierwszy krok za nimi. Teraz trzeba było wiać od tego miejsca, jak najdalej!
avatar
Cornelia Vandom
Dziecko


Wiek : 10
Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Krew : czysta
Majątek : biedny

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Morgana Harton on Sro 15 Paź 2014, 18:35

Dopiero po wydostaniu się na zewnątrz można było poczuć, jaki w Hieronimie panował zaduch. Dziwny, nieprzyjemny zapach, typowy dla ośrodków pomocy społecznej. Zupełnie jakby niedola miała swoją własną woń.
Morgana wciągnęła powietrze głęboko w płuca i zatrzymała się zaraz za drzwiami.
- Tata... - wyszeptała, myśląc o skarbach pozostawionych pod poszewką.
Spojrzała na Cornelię bezradnym spojrzeniem, a potem złapała przyjaciółkę za rękę i pociągnęła zdecydowanie, puszczając wiadro. Szybko, szybciej, jak najdalej od wyjścia! Byle schować się za ścianą kolejnego budynku.
Przecież nie ma mowy, by pozwoliła zamknąć się w takich więzieniu! Tata zawsze mówił, że sentymenty potem. Czymkolwiek one były.
"Sentyment jest wtedy, gdy chcesz coś zrobić, choć wiesz że będzie cię to sporo kosztowało".
Więc pójście po zdjęcie byłoby sentymentem.
- Znasz tu jakieś miejsca? - zapytała Cornelię, oglądając się ukradkiem przez ramię.

Obie dziewczynki opuściły teren sierocińca.
avatar
Morgana Harton
Dziecko


Krew : czysta
Majątek : wielkie bogactwo w Gringotcie

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Morpheus A. Maponos on Wto 28 Paź 2014, 23:11

Pogoda była taka jaką najbardziej uwielbiał. Niebo przysłaniały lekkie chmury i nie było wcale gorąco, więc ludzie chodzili zazwyczaj w płaszczach bojąc się, że mogą przemoknąć, kiedy to lunie deszcz. Przez to on sam się nie wyróżniał za bardzo w tym tłumie, chociaż i tak ludzie mu się przyglądali ciekawscy co to za dziwny typek.
Szybko odnalazł sierociniec w którym to ma się niby znajdować jego siostrzenica. Czas najwyższy znów zwrócić jej wolność.
Wszedł na posiadłość i od razu skierował swoje kroki do drzwi. Idąc tak czuł na sobie spojrzenia dzieci, które to może sobie myślały, że to właśnie on zostanie ich nowym opiekunem? Hah niedoczekanie. Nigdy nawet nie zaszczyciłby takiego mugola spojrzeniem, a co dopiero myślą o tym by przygarnąć takiego małego brudasa.
W końcu znalazł odpowiedni pokój w którym to miała się znajdować ponoć siostra prowadząca ten ośrodek.
Zapukał dwa razy i czekając na zaproszenie wszedł do środka.
- Witam - rzekł lustrując kobietę od głowy po same stopy. - Szukam pewnej dziewczynki. Nazywa się Morgana i w zasadzie to przyszedłem ją odebrać. Jest bowiem moją siostrzenicą i nie pozwolę na to by się wychowywała w takim miejscu mając prawdziwą rodzinę - Wytłumaczył swoją obecność tutaj nie mając zamiaru przedłużać tego i zakończyć to jak najszybciej. Nawet jeśli będzie musiał wymusić na kobiecie to za pomocą magii to nie zawaha się ani chwili.
avatar
Morpheus A. Maponos
Wykładowca: Czarostwo Specjalne

Wiek : 44
Skąd : Islandia
Krew : Czysta
Majątek : Bogaty

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Bohater Niezależny on Wto 28 Paź 2014, 23:52


Siostra Anna
przełożona sierocińca

Siostra Anna nie miała najlepszego dnia. Nie tylko źle spała i reumatyzm zdawał się ją pożerać, ale jeszcze dzieci - te przeklęte bachory bez grama wdzięczności - ostatnio dawały się we znaki jakoś bardziej niż zwykle. Wiadomo, jesień. Nie mogły biegać już po dworze tak swobodnie, to wariowały w środku jak tylko mogły.
Ledwie zakończyła się afera z wojną na jedzenie w stołówce i Anna nadal siedziała w swoim biurze zastanawiając się, w jaki by tu sposób ukrócić destruktywne zapędy młodocianych degeneratów. Wyciągnęła sobie karty kilku z nich i przeglądała teraz, jakby miało ją to do czegokolwiek natchnąć. Na dźwięk pukania podniosła głowę z niezadowoleniem. Nikt miał jej nie przeszkadzać.
Kiedy w dodatku dostrzegła Morpheusa, przez moment zdawało jej się, że to sam diabeł zszedł do Hieronima. Nie wiedziała co, ale coś było w nim niepokojącego. Powstrzymała odruch natychmiastowego przeżegnania się. Odchrząknęła.
- Szczęść Boże. Proszę, niech pan siada - wskazała mu krzesło po drugiej stronie biurka.
Proste, drewniane, z wysiedzianą poduchą. Sama sięgnęła po jedną z teczek rozłożonych w wachlarz na biurku.
- Przygarnięcie dziecka przez członka rodziny powinno odbyć się, zanim zostanie ono wysłane do sierocińca. Można mieć wątpliwości, ale w ten sposób tylko pan narobił nam problemów - przeglądała kartę i rzeczywiście znalazła w polu o rodzinie wzmiankę o istnieniu wuja - Pańskie dokumenty poproszę, panie...?
 

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Morpheus A. Maponos on Czw 30 Paź 2014, 20:38

Co jest gorszego od sierocińca? Sierociniec prowadzony przez siostry. Biedne dzieci, ciekawe jak bardzo wyprały mózg jego siostrzenicy. Ciekawe, czy jak jej powie, że jest czarodziejem to, czy zacznie odprawiać na nim jakieś egzorcyzmy, czy też rzuci się w jego stronę z osikowym kołkiem wyzywając od szatanów. Nigdy nie interesował się też religią mugolską, ani nie ciekawiła go za bardzo. W dodatku tak miało pozostać chyba na zawsze więc nawet się nad tym nigdy nie zastanawiał. Mugole, choćby widzieli coś na własne oczy to i tak będą twierdzić, że to stało się za sprawą jakiegoś bożka. Dlaczego to wszystkie szlamy były tak krótkowzroczne?
Nawet kobieta nie miała pojęcia jak bardzo jej przeczucie było prawdziwe. Jak bardzo jego aura była zepsuta, co jednak by jej to dało? Nawet jakby się przeżegnała to ten znak nic by jej nie pomógł. On nie był ani żadnym nieumarłym, ani diabłem na których mógłby ten znak podziałać. Był o wiele kimś gorszym. Był czarodziejem bez skrupułów, bez sumienia. W ogóle czy sumienie istnieje? A może to wymysł słabych? Na tyle słabych i strachliwych, którzy potrzebowali zasłonić się czymś by usprawiedliwić swoją niemoc. Aruerriiatin był silną osobą, a więc i nie musiał się za niczym chować, a już tym bardziej za sumieniem.
Nie zareagował jakoś zbytnio na jej przywitanie. Każdy ma jakieś własne, ta jako siostra wychwalała swego stwórcę. A on? On nikogo nie wychwalał, więc rzucił chłodnym powitaniem.
Usiadł w wskazanym miejscu i podnosząc głowę do góry wbił w nią swoje chłodne, rzeczowe spojrzenie. Niech tylko ten krótki pobyt w tym miejscu jakoś odciśnie się na psychice dziewczynki, a wróci tutaj i puści całe to miejsce z dymem. W dzisiejszych czasach tak łatwo o pożar. Wystarczy ulatniający się gaz. Skąd o tym wiedział czystokrwisty? Pracował przecież głównie z mugolami czyszcząc im pamięć i wkładając jakieś ich bzdurne mugolskie oczywiste zdarzenia. Coś co dla nich wydawało się być normalne tak dla czarodzieja było jakimś absurdem nie do pomyślenia. Kto by widział by ludzie padali ofiarą komunikacji miejskiej, a tutaj było to codziennością, o wybuchach gazu w ogóle nie wspominając. Jakże głupi byli ci ludzie, te ssaki. Bo czasami wiele się zastanawiał nad tym, czy nazywać ich ludźmi.
- Rozumiem, jednak znów w Londynie jestem od niedawna, tak więc sama pani rozumie. Zjawiłem się tutaj jak najszybciej tylko mogłem - odpowiedział jej i kiedy usłyszał o tym, że ma pokazać jej dokumenty uśmiechnął się do siebie w duchu. Miał dokumenty, ba! Nawet lepiej niż dokumenty, posiadał bowiem dowód pracownika SIS. Dzięki niej mógł wejść do każdej śmierdzącej nory, nawet jeśli otoczona by była przez masę mugolskich gliniarzy. On musiał być pierwszy zanim jakikolwiek mugol położy na jego obiekcie pracy swoje brudne paluchy. A ludzi z Secret Intelligence Service nikt nie miał na tyle odwagi lub był na tyle głupi by go zatrzymać i pytać się dlaczego to interesował się tą sprawą. Jeśli tak było, to znaczy, że lepiej niech gliniarz spiernicza czym prędzej bo jeśli się zagłębi w tą sprawę to pewnie niebawem słuch po nim zaginie.
Więc znów bez większych emocji sięgnął do kieszeni i wymacawszy odpowiednie dokumenty otworzył je i wskazał kobiecie. Jej oczom ukazał się symbol lwa i jednorożca, a także duże napisy SIS. Jeśli babka była kumata to powinna wiedzieć, że wszelkie dalsze wnikanie w jego tożsamość jest bezcelowa, gdyż są to rzeczy tajne.
- Proszę mówić do mnie Aruerriiatin, to moje drugie imię, którego i tak nie używam, więc mogę je spokojnie pani zdradzić - odpowiedział okropnie służbowym tonem, na koniec uśmiechając się nieco cieplej. Oczywiście uśmiech był jak najbardziej wymuszony. On się nie uśmiechał tak sam z siebie. Nie i kropka. Jedynie po to by osiągnąć jakiś cel, bądź wzbudzić konkretne emocje.
Miał bowiem też nadzieję, że kobieta połączy jego dwie poprzednie wypowiedzi i nie będzie zadawała głupich pytań.
avatar
Morpheus A. Maponos
Wykładowca: Czarostwo Specjalne

Wiek : 44
Skąd : Islandia
Krew : Czysta
Majątek : Bogaty

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Bohater Niezależny on Czw 30 Paź 2014, 21:06


Siostra Anna
przełożona sierocińca

Anna zbaraniała. Tak dosłownie, kompletnie i z bardzo głupim wyrazem na nieładnej twarzy.
Jej surowe spojrzenie prześlizgnęło się z odznaki na Morpheusa, później wróciło do obiektu, którego absolutnie nigdy nie spodziewała się zobaczyć. Odchrząknęła, wsunęła teczkę Morgany między inne. Zdała sobie sprawę, że zrobiła głupotę, więc wyjęła ją z powrotem. A przynajmniej tak sądziła, w roztargnieniu bowiem wzięła drugą, zaraz obok, opatrzoną nazwiskiem Vandom.
- Uch, proszę pana - odezwała się wreszcie, poprawiając okulary - Nie mogę dać panu dziecka tak na słowo... Znaczy, muszę wypełnić odpowiednie papiery. Rozumiem, że przyśle pan tutaj swojego prawnika i wszystko zostanie odpowiednio uzupełnione? - zasugerowała z nieprzyjemnym tonem, wyraźnie nie chcąc mieć z Morpheusem nic wspólnego.
I jeszcze to imię. Takie dziwne. Takie p o g a ń s k i e.
Nie miała w oczach ani okruszyny podziwu dla niego. Tylko niechęć, teraz nawet większą niż zwykle. I nie zamierzała tego przedłużać, bo widziała w tym same kłopoty. Niech przyśle prawnika, sytuacja przecież jest prosta przy braniu członka rodziny. A jeśli to oszust... cóż, nic nie mogła zrobić, prawda?
Wyciągnęła telefon i wybrała jakiś numer.
- Przyprowadź do mojego gabinetu dziewczynkę. Cornelię Vandom - powiedziała, zerkając na kartę.
I rozłączyła się od razu, zanim jeszcze Morpheus zdołał zareagować.
A w minutę później do drzwi rozległo się pukanie. Zajrzała speszona kobieta, o dziwo nie zakonnica. Fakt, Hieronim miał też kilka świeckich opiekunek.
- Siostro Anno, bo ta Cornelia... Chyba znów uciekła i zabrała ze sobą tą nową, Morganę... - przyznała się, nie zwracając większej uwagi na gościa zajmującego krzesło.
 

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Morpheus A. Maponos on Czw 30 Paź 2014, 21:55

Nikły cień satysfakcji wkradł się na tą straszną, chłodną maskę jaką posiadał mężczyzna, nadając mu jeszcze bardziej okropny wygląd. Jednakże jak tutaj się nie uśmiechnąć,, kiedy to człowiek widzi jak ludzie nie mają pojęcia co teraz zrobić. Za co chwycić by tylko na czymś się skoncentrować i zebrać swoje myśli. Bardzo dobrze wtedy widać, kto przestrzega prawa i jest posłuszną pracownicą swojego państwa i wystarczy podać nazwę jednej z instytucji, a już kobieta robiła pod siebie.
- Sprawą dokumentacji zajmiemy się my, o to się pani nie musi martwić - odpowiedział również chłodno jak wcześniej tym razem rzucając tekstem wyuczonym już z zawodu. Tak, nikt nie cierpiał marnowania czasu na nudną dokumentację, więc jeśli ktoś oferował pomoc w załatwieniu tego, to dlaczego miałaby nie przyjąć jego propozycji. To mogło jednakże nie wystarczyć więc zamierzał ją nieco przestraszyć.
- Zapewne nie wie pani nic o przeszłości tej małej. Więc jeśli pani tak bardzo zależy na skrupulatnym prowadzeniu dokumentacji, no to dobrze. Podeślę pani resztę - tutaj zrobił przerwę rozglądając się po pomieszczeniu. - Tylko musi pani sobie załatwić nowy gabinet bo ten zajmą papiery na temat tej dziewczynki - dodał uśmiechając się nieco złośliwie. Dając wręcz do namacalnego zrozumienia, że jeśli dalej będzie mu utrudniać adopcję, to on jej się odwdzięczy dziesięć razy mocniej. I wtedy będzie miała dopiero piekło w swojej placówce. No a przecież nikt tego nie chciał.
Obserwował jak sięga po ten ich wynalazek i wzywa jakąś kobietę, tylko po jakiego czorta jakąś Corlelię? Nie pytał. Uznał, że jeśli to zrobiła, to w jakimś celu i nie powinien się w to zagłębiać. Trwało to zaledwie chwilkę, ta jednak wydawała się ciągnąć w nieskończoność ze względu na ciszę jaka panowała w pomieszczeniu. On jednakże nie miał najmniejszego zamiaru rozmawiać z tą kobietą, bo i po co.
Drzwi się otworzyły i w progu pojawiła się jakaś kobieta. Poinformowała ich o tym, że ta dziewczyna znów uciekła. Zabierając ze sobą... Zaraz! Kogo zabrała?!
Jego twarz pociemniała, a oczy zapadły się znikając zupełnie. Milcząca twarz wpatrywała się bez słowa w starą kobietę i bezgłośnie prosiła, nie. Ona żądała od kobiety wytłumaczenia. Niech mu powie, że to wyjątkowo głupi, nieudany żart i za momencik przyprowadzi tutaj dziewczynkę. Jego mina zdradzała również jego intencje. Tak jak poprzednio był miły, tak teraz miał ochotę zamknąć ją w najokropniejszym pudle. Poczekał aż tamta kobieta zniknie znów za drzwiami i nieco podniósł swoją głowę, na powrót pokazując swoje oczy, które do tej pory skrywał cień.
- Jeśli to prawda, to pójdziesz siedzieć za gwałt i molestowanie swoich podopiecznych - rzucił oschle, jednak poczekał na jej jakąś propozycję. Niech myśli, niech poda jakieś miejsce gdzie zacznie poszukiwania. A może to ją ocali.
avatar
Morpheus A. Maponos
Wykładowca: Czarostwo Specjalne

Wiek : 44
Skąd : Islandia
Krew : Czysta
Majątek : Bogaty

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Bohater Niezależny on Czw 30 Paź 2014, 22:12


Siostra Anna
przełożona sierocińca

Tak, siostra Anna zdecydowanie nie miała dobrego dnia. Był paskudny i toczył się po równi pochyłej, a Niebiosa jakoś nie zsyłały swej służce wybawienia. Te szczeniary naprawdę musiały uciec w takiej chwili?
W dodatku okazało się, że miało to miejsce jakoś w porze obiadowej, w chaosie spowodowanym sprzątaniem stołówki po tym, jak dzieci rzucały się tam jedzeniem... A więc trzy godziny na spokojnie.
Zakonnica zrobiła się jakby mniejsza, zaś groźba Morpheusa ostatecznie ją dobiła. Chciała pytać, jak miałaby kogokolwiek zgwałcić, ale w tej chwili myśli niemłodej już zakonnicy krążyły tylko wokół tego, jak wynieść własną skórę z tej awantury. Świadomość, że mała siostrzenica mężczyzny miała już tak bogatą przeszłość wcale w tym nie pomagała.
Jakaś młodociana agentka? Specjalna jednostka? W końcu nikt się nie spodziewałby czegoś takiego po dziecku...
Otworzyła kartę Cornelii, którą miała w dłoniach.
- Ta dziewczynka wiele razy już uciekała - wyciągnęła notes i zrobiła listę kilku miejsc, po czym podała ją Morpheusowi - tutaj ją znajdywaliśmy. Zapewne znów tam pójdzie, bo przecież nie zna Londynu. Chyba że Morgana zna jakieś specjalne, tajne miejsca?
Wszystkiego już gotowa była się spodziewać. W dodatku zorientowała się po karcie, że pomyliła dziewczynki. Fortunnie się złożyło, że te dwie i tak trzymały się razem. Choć właściwie więcej z tego było nieprzyjemności, a ile jeszcze mogło dopiero przyjść...
- Zmobilizuję wszystkich pracowników do poszukiwań - dodała, po czym sięgnęła po telefon.
Do każdego dzwoniła osobiście i powoli wydawała polecenia. Każdemu wyznaczała inną okolicę do sprawdzenia. I każdemu dokładnie tłumaczyła wygląd dziewczynek. W ten sposób zajmowało to mnóstwo czasu i sprawiało, że nie mogła rozmawiać z Morpheusem. Oczywiście nie wyprosiła go ani nic, ale sam przecież rozumie na pewno, że w tej chwili ważniejsze jest działanie.
 

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Morpheus A. Maponos on Pią 31 Paź 2014, 16:03

Na całe szczęście nie pytała się o to, bo sam musiałby się zastanowić jak by to miała zrobić taka staruszka. Na jej szczęście zaczęła szybko myśleć i już wypisywała mu wszystkie miejsca w których miałaby znajdować się tamta dziewczyna, a więc i za pewnie Morgana. I tak wytrzymała tutaj długo - przemknęło mu przez myśl, jednak nie spowodowało to, że się uśmiechnął. On przecież się nie uśmiecha!
- No to już coś - odpowiedział odbierając kartkę z wypisanymi miejscami i schował ją do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Kątem oka dostrzegł jak tamta kobieta zniknęła za drzwiami i znów zostali sami. No i bardzo dobrze.
- Nie trzeba, razem poszukamy dziewczynek - powiedział powstrzymując kobietę przed zadzwonieniem po pomoc i drugą ręką wyciągnął już różdżkę i skierował ją na kobietę. Może ją ocali jeśli będzie współpracowała...
Albo i nie...
- Imperius - rzucił klątwę wypowiadając cicho zakazane zaklęcie.
- Na samym początku usiądź spokojnie - rozkazał kobiecie czekając aż wykona jego polecenie. - Teraz znajdź wszystkie dane odnośnie przebywania tutaj Morgany. Chcę byś mi je oddała - powiedział spokojnie czekając, aż wykona swoje polecenie i skompletuje mu wszystkie dokumenty. - A teraz najważniejsze, wyciągnij kartkę i napisz krótką wiadomość o tym, że musisz odnaleźć dziewczynkę o imieniu Cornelia, a także nie wrócisz tutaj aż jej nie odnajdziesz, podpisz się na końcu i chodź ze mną - tłumaczył jej wszystko dokładnie i pomału by mogła wszystko bezbłędnie wykonać, on zaś chował właśnie całą dokumentację pod swoim płaszczem. Zniszczy to później, jak będzie miał nieco czasu. Ruszył później w stronę drzwi i zatrzymał się przy nich jeszcze na moment, by dać kobiecie ostatnie polecenie. W ciągu tych paru sekund zastanowił się czy może jednak zostawić ją przy życiu. Zawsze przyda mu się ktoś kto będzie go informował jeśli trafi tutaj jeszcze jakieś wyjątkowe dziecko. To mogło jednak poczekać. Wpierw się zajmie Morganą i dopiero później będzie myślał na zajmowaniem się obcymi dziećmi. Kobieta nie była mu do niczego potrzebna, więc musiała zginąć. Światków się nie zostawia, czy to mężczyzna, kobieta, siostra zakonna, czy dziecko. Jeśli ktoś posiadał niebezpieczną dla niego wiedzę znikał w niewyjaśnionych okolicznościach. Nie był jednakże potworem, nie zabijał ich, nie kroił i pożerał by z ciała nic nie pozostało. Dawał im wieczne życie, przemieniał ich w drzewa, słyszeliście by kiedykolwiek drzewo coś mówiło? Zwierzęta, a i owszem. Mogły zachowywać się nietypowo, śpiewać nietypowo kiedy to były ptakoludźmi, a drzewa po prostu trwały, w teoretycznym bezruchu. Rosły, patrzyły się jak świat się zmienia, gubiły liście i znudzone tą monotonnością prosiły o śmierć. Nigdy nikt jednak nie wysłuchał ich próśb i za pewnie trwają tak dalej.
Z tą kobietą było jednak inaczej. Nie dość, że była niewygodna to naraziła życie jego siostrzenicy. Nie zasługiwała na wieczne trwanie, musiała zginąć.
- A teraz słuchaj szlamo - odezwał się nieco przytłumionym głosem, pamiętając, że stoją już przy drzwiach. - Wyjdziesz teraz z sierocińca i będziesz cały czas szła przed siebie, nie patrząc się na nic, masz iść przed siebie i szukać Morgany. Jeśli natrafisz na ulicę masz iść przed siebie, jeśli natrafisz na ścianę masz uderzać tak długo w nią głową aż przebijesz się przez nią i dalej będziesz mogła iść przed siebie, jeśli natrafisz na wodę masz ją przepłynąć, nie ważne czy to będzie strumień, rzeka, czy morze masz to przepłynąć. Jeśli natrafisz na góry masz się na nie zacząć wspinać i dalej iść przed siebie. Cały czas po drodze powtarzając, że jesteś złą matką - skończył tłumaczyć jej zadanie i zszedł jej z drogi. Z pewnością i tak nie zajdzie za daleko, prędzej czy później wpadnie pod ten samochód nim dojdzie do ściany którą będzie starała się przebić głową. Po chwili sam wyszedł z tego gabinetu i odszukał tą kobietę, która zajrzała do pomieszczenia i wyczyścił jej pamięć z tego, że została wezwana do gabinetu Anny i całą swoją osobę wraz z istnieniem Morgany. Po czym wyszedł z sierocińca i zaczął szukać dziewczynki.
avatar
Morpheus A. Maponos
Wykładowca: Czarostwo Specjalne

Wiek : 44
Skąd : Islandia
Krew : Czysta
Majątek : Bogaty

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Aaron Gale on Sro 12 Sie 2015, 16:51

Sierociniec Hieronima znany był z tego, że był ubogi. Dzieci, które tutaj trafiły spotkało zatem prawdziwe nieszczęście, chociaż to i tak było lepsze niż zostanie na ulicy. Tutaj przynajmniej mogły pobierać nauki, które mogły im otworzyć drzwi do lepszej przyszłości. Przyszłości innej niż taka, która skazałaby człowieka na Azkaban lub areszt w Ministerstwie Magii. Niestety, nie każdy z tej szansy korzystał. Ministerstwo Magii od jakiegoś czasu borykało się z problemem czarodzieja, który zabijał mugoli. Bając się powrotu dawnych zwolenników Voldemorta, trzeba było szybko znaleźć przestępcę, a następnie odpowiednio go ukarać. Jakież było zdziwienie Aarona, gdy okazało się, że wszelkie tropy prowadzą do tegoż właśnie sierocińca. Godziny obserwacji potwierdziły tylko podejrzenia oraz pozwoliły ustalić tożsamość zbrodniarza. Był nim nie kto inny jak woźny tego miejsca - Jack McDaniels. Czarodziej półkrwi, który, podobnie jak Voldemort, wychował się w sierocińcu porzucony przez rodziców. Aaron oraz Hunter dostali odgórny nakaz aresztowania wystawiony na konkretną godzinę i konkretny dzień. Był to dzień, w którym Jack pracował. Zatem zarówno on, jak i Hunter musieli przybyć do tego miejsca mając doskonałą wymówkę. Postanowili, że działając incognito odegrają rolę szczęśliwego małżeństwa, które jednak nie mogąc mieć własnych dzieci, postanowili adoptować któreś stąd, dając mu nowy dom. Weszli ubrani dosyć zwyczajnie, absolutnie nie wyróżniając się niczym.
- Uśmiechnij się. - powiedział do kobiety ledwie słyszalnym szeptem dbając też o to, by nie było widać ruchu jego warg. Wtem podeszła do nich zakonnica, która przedstawiła się jako Siostra Rosmerta i zapytała w czym może pomóc.
- Dzień dobry. Ja nazywam się William Casey, a to jest moja urocza małżonka, Jane. Zastanawiamy się nad adopcją dziecka. - powiedział z uśmiechem na twarzy przyglądając się dzieciom, które chciały sprawić jak najlepsze wrażenie, ale jednocześnie udawały, że nie widzą ani jego ani Hunter. Smutne było to, jak wiele dzieci się tutaj znajdowało. Odrzuconych, bez rodziny, bez bliskich. Rzuceni na pastwę okrutnej rzeczywistości, która już na samym początku ich życia zadrwiła z nich dając potężnego kopniaka. Nawet zazwyczaj optymistycznie patrzący na życie Aaron poczuł ukłucie żalu w sercu. Zakonnica w tym czasie zaczęła wypytywać ich, czy mają odpowiednie dokumenty, czy mogą dziecku zapewnić odpowiedni byt i tak dalej. Aaron nie mógł się jednak skupić na jej słowach patrząc ciągle na oblicza tych dzieciaków, które na samym początku dostały za życie trudny orzech do zgryzienia.
"Nie dlatego tu jesteś! Skup się!", zganił się w myślach, po czym przeniósł wzrok na starą i wyglądającą na średnio sympatyczną kobietę zakonnicę.
- Oczywiście, że mamy odpowiednie dokumenty i zezwolenia. Tym jednak proponowałbym się zająć nieco później. Chcielibyśmy wraz z Jane spędzić trochę czasu z dziećmi. - powiedział patrząc się kobiecie prosto w oczy. Widocznie nie była przyzwyczajona do takiego traktowania, więc spuściła wzrok, bąknęła coś niezrozumiałego, po czym oddaliła się, by zająć się ponownie swoimi obowiązkami.
- Przysięgam, że jeśli tylko doczekam się dzieci, to nie pozwolę, by skończyły w takim miejscu. - powiedział szeptem do Hunter. Mężczyzna miał nadzieję, że w dyskretny sposób uda im się przejść po sierocińcu być może natrafiając na przestępcę, którego będą mogli razem z Hunter ująć w dyskretny sposób.
avatar
Aaron Gale

Krew : Czysta
Majątek : Zamożny

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Hunter Grace on Nie 16 Sie 2015, 15:41

Zanim Hunter została przydzielona do sprawy McDanielsa, jej aurorskie życie w Ministerstwie ostatnimi czasy było, jeśli nie nieco nudne, to z pewnością raczej spokojne i monotonne. Tam, gdzie wkraczała biurokracja, nie liczyło się, ilu bandziorów złapałeś, ilu mugolom wytarłeś pamięć ani ile smoków odprowadziłeś z powrotem do domu. Tak jak w obliczu śmierci, tak samo w obliczu papierologii każdy stawał się równy. Stosy dokumentów do wypełnienia piętrzyły się dokładnie tak samo na biurku każdego pracownika, nie pozostawiając cienia nadziei na ucieczkę. Dlatego gdy panna Grace została wezwana do biura odpraw, liczyła na szansę ucieczki i zwalenia swoich raportów na resztę kolegów. I nie zawiodła się.
Ich zadanie nie było trudne, ale bardzo skomplikowane. Operacje pod przykrywką zawsze przysparzały najwięcej trudności logistycznych, ponieważ nie można było zastosować najprostszej i najwygodniejszej metody – wejść, rozwalić coś i wyjść z tym, po co się przyszło. Sprawa z sierocińca była omawiana przez wiele godzin, z wieloma osobami. W końcu, gdy Hunter zaczynała tracić już cierpliwość, rozmowy dobiegły końca. Po podjęciu wszystkich środków bezpieczeństwa, "małżonkowie" byli gotowi do misji.
Pojawili się pod sierocińcem o ustalonej porze i weszli do środka. Mnóstwo dzieciaków, kręcących się po przybytku bez celu, zerkało na Williama i Jane nieśmiało, jakby starając się wyglądać na obojętne. Hunter przez chwilę żałowała, że nie przyszli tu by naprawdę uwolnić choć jedno dziecko od smutnego losu sierocińca, jednak szybko otrząsnęła się z tej myśli. Mimo, że nie były to warunki  idealne, przynajmniej miały zapewniony dach nad głową i ciepłe jedzenie.
Po rozmowie z siostrą przeszli do pomieszczenia, które wyglądało na salon. Słysząc słowa Aarona, dziewczyna uśmiechnęła się tylko i pokiwała głową. Nie był to dobry moment, by przypomnieć mu jak niebezpieczna bywała ich praca oraz jakie ryzyko podejmowali każdego dnia.
Hunter usiadła w fotelu w rogu salonu, Aaron zajął kanapę stojącą obok. Gdy tylko zdążyli usiąść, podeszła do nich dziewczyna, na oko piętnastoletnia, ubrana w fartuch kuchenny i trzymająca w rękach tacę z herbatą. Postawiła ją na stole i szybko wyszła z pokoju drzwiami obok schodów. Było to doskonałym przykładem twardej ręki, jaką przybytek ten był prowadzony i Hunter znów pogrążyła się w smutnych rozmyślaniach. Nalała herbatę do obu filiżanek i podniosła swoją do ust, przy okazji rozglądając się po pokoju. W kącie siedziała rudowłosa dziewczynka, nieco brudna i w poplamionych ubraniach, ale śliczna i uśmiechnięta. Bawiła się szmacianą lalką, jednak kiedy Grace spojrzała na nią, mała przerwała zabawę i odwzajemniła ciekawskie spojrzenie. Hunter uśmiechnęła się i mrugnęła do dziewczynki. Najwyraźniej wystarczyło to, by przekonać ją do siebie i dziecko, porzucając swoją lalkę, podbiegło do Jane i Williama.
-Witaj – zaczęła Hunter - Mam na imię Jane, a to mój mąż, William. Jak się nazywasz?
Aurorzy wdali się w rozmowę z dziewczynką, Katie, podczas której starali się delikatnie wypytać ją o życie w sierocińcu, siostry i co najważniejsze, o woźnego.
- Pan Jack jest trochę straszny. Mieszka w drewnianym domku po drugiej stronie ogrodu. Siostry proponowały mu mieszkanie w sierocińcu, ale pan Jack nigdy się tu nie wprowadził. Z nikim nie rozmawia, czasami tylko z listonoszem. Nikomu nie wolno zaglądać od jego chatki. Po tym, jak inne dzieci próbowały się tam dla żartu włamać,  pan Jack podobno zaczarował swoje mieszkanie, ale ja w to nie wierzę – tu Katie zrobiła sceptyczną minę, która wyglądała bardzo zabawnie na tak młodej buzi. Aurorzy podziękowali jej i postanowili, pod pretekstem zabawy z podopiecznymi wyjść do ogrodu przyjrzeć się bliżej rzeczonej chatce. Cóż, jeśli McDaniels naprawdę rzucił zaklęcie na swój dom, będą musieli znaleźć sposób, by przełamać urok i jednocześnie nie spłoszyć podejrzanego.
avatar
Hunter Grace
Auror


Skąd : Anglia
Krew : Czysta
Majątek : klasa średnia

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Aaron Gale on Wto 18 Sie 2015, 02:01

Aaron, a raczej William bardzo uważnie wysłuchał słów dziewczynki. Był przy tym zadowolony z samej Hunter oraz sposobu, w jaki podeszła do tego dziecka. Trzeba było przyznać, że kobieta umiała się obchodzić z dziećmi. Mężczyzna złapał się na tym, że pomyślał, iż panna Grace byłaby dobrą matką, o ile zdecydowałaby się na posiadanie własnych pociech. Szybko jednak wyrzucił z głowy tę myśl. Nie przyszedł tutaj, by myśleć o tym jaką Hunter byłaby matką. Przyszli tutaj, by ująć groźnego przestępcę, którego najprawdopodobniej będzie czekał pocałunek dementora w Azkabanie. Musiał się skupić na zadaniu, a nie na swojej podopiecznej, chociaż ta ostatnimi czasy dosyć często zaprzątała jego głowę. Dlaczego? Sam nie wiedział. A może wiedział, ale nie dopuszczał do siebie takiej możliwości, że ta tajemnicza kobieta mogłaby mu wpaść w oko? Przecież to było nieetyczne! To jednak nie jest dobry moment na zastanawianie się nad tym.
Aaron uśmiechnął się do dziewczynki, gdy ta skończyła opowiadać. On sam nie umiał postępować z dziećmi, więc wolał milczeć, gdy Hunter wyciągała z tego dziecka informacje z wprawą godną najlepszego aurora. Może kobieta powinna zostać specjalistką od przesłuchań zamiast ryzykować życiem w terenie? Powinien jej to zaproponować. Ale to później, po zadaniu.
- Dobra robota. - szepnął do niej, gdy szli w stronę ogrodu, na uboczu którego stała rzekoma chatka. Gdy byli na zewnątrz, to mogli zobaczyć plac zabaw, którego sprzęty były już mocno podniszczone. W zasadzie to nadawały się jedynie do wymiany, ale widocznie sierociniec miał ważniejsze wydatki niż zabawki. To było smutne, że dzieciom zostawiało się takie coś zamiast pełnoprawnych i bezpiecznych zjeżdżalni, drabinek do wspinaczki, karuzel. Mężczyzna postanowił, że w jakiś sposób wspomoże to miejsce. Może nie było tego po nim widać, ale widok takiej biedy w instytucji, która powinna dać jak najlepszą namiastkę prawdziwego domu, bardzo mocno go uderzyła poruszając czułe struny jego duszy.

"Małżeństwo" usiadło na ławce naprzeciwko chatki. Była to stara ławka, w której nie było już jednego szczebelka w siedzeniu oraz jednego w oparciu. Pozostałe były przy tym mocno podniszczone. Ławka była przy tym piekielnie niewygodna, przez co Aaron potrzebował chwili, by znaleźć odpowiednią do siedzenia pozycję, od której nie odpadnie mu tyłek. Obserwując bawiące się dzieci zerkał od czasu do czasu na chatkę woźnego. Jeśli wiedziało się na co patrzeć, można było dosyć szybko dostrzec to co się chciało.
- Chatkę otacza jakieś zaklęcie tarczy, chociaż jeszcze nie zidentyfikowałem go jednoznacznie. Faktycznie zatem jest ona w pewien sposób zaczarowana. Ciekawe co jest w środku... - powiedział szeptem do Hunter, chociaż ostatnie zdanie wypowiedział najprawdopodobniej do siebie zastanawiając się na głos. Głupotą byłoby teraz wyciągnąć różdżki i starać się przełamać zaklęcie. Nie dość, że przestraszyliby dzieci, to jeszcze najprawdopodobniej spłoszyliby McDanielsa. Poza tym, było to niebezpieczne. Nie wiedzieli wszakże z czym mają do czynienia.
- Jakiś pomysł na to, co może otaczać tę chatkę? - zapytał znowu tak, by nikt inny ich nie słyszał. Miał nadzieję, że uda im się szybko załatwić sprawę z jaką tutaj przyszli. Aaron nie chciał siedzieć w tym miejscu ani chwili dłużej niż to było konieczne.
avatar
Aaron Gale

Krew : Czysta
Majątek : Zamożny

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Hunter Grace on Czw 03 Wrz 2015, 17:47

Gdy Aaron jej pogratulował, kobieta poczuła jak kąciki jej ust unoszą się lekko w mimowolnym uśmiechu, a do policzków napływa ciepło.
Hunter odczuwała dziwny niepokój, patrząc na otoczenie sierocińca. Nie tylko ulica, na której mieściła się instytucja sprawiała wrażenie ponurej i mrocznej, ale całe to miejsce – od wielkich, starych i skrzypiących drzwi wejściowych, po rozchybotaną ławkę, w stronę której "małżeństwo" akurat zmierzało. Nastawienie panny Grace nie poprawiło się, gdy siedzenie wydało z siebie dziwny trzask gdy tylko na nim usiadła i zapadło się, kompletnie wytrącając kobietę z równowagi. Na szczęście druga deska wciąż się trzymała, więc Hunter cudem nie wylądowała na ziemi. Najwyraźniej nie był to teren szczególnie uczęszczany.
Siedzenie było usytuowane tuż przy chatce i mieli z niego doskonały widok na to, co działo się na całym podwórku.
Gdy Aaron zadał pytanie, Grace rozejrzała się wokoło. Na pierwszy rzut oka nic nie mogło wskazywać na użycie jakiegokolwiek rodzaju magii przez podejrzanego, jednak były to tylko pozory, niezdolne zwieść aurorskiego oka.
Trawa i inne drobne rośliny znajdujące się tuż przy mieszkaniu McDanielsa wyglądały jeszcze mizerniej i biedniej, niż na reszcie placu zabaw. Powietrze było przesycone dziwnym zapachem, na gałęziach pobliskich drzew nie siedziały żadne ptaki, a krzewy przy chatce pozostawały zupełnie nieruchome, mimo lekkich podmuchów wiatru z zachodu. Były to różnice bardzo subtelne, jednak oboje "małżonków" wiedziało, na co zwrócić uwagę.
-Cóż – rzekła Hunter, wstając z ławeczki. Uznała, że jej plecy przeszły przez wystarczającą ilość tortur jak na raz. Położyła dłonie na dolnej części kręgosłupa i wygięła się do tyłu. Postanowiła zignorować nienaturalny trask swoich kości i niespiesznie podeszła do jednego z drzew. Delikatnie ścisnęła jeden liść między palcami, który natychmiast rozpadł się w pył. Odwróciła się do swojego towarzysza i uśmiechnęła dla niepozoru. Pamiętała o swojej przykrywce.
-Cokolwiek to jest, na pewno nie zostało wyczarowane wprawną ani staranną ręką, co pasowałoby do profilu naszego lokaja. Zaklęcie jest jakby niedokończone, zostawione w połowie. Nie powinno być trudno je zdjąć. Bardziej martwi mnie to, że wygląda to na czarną magię. Zanim przystąpimy do jakichkolwiek zadań, na pewno musimy otoczyć teren zaklęciami antymugolskimi. I antyteleportacyjnymi. Nie żebym spodziewała się tej umiejętności po McDanielsie, ale wolę się nie zaskoczyć. Po drugie, trzeba zadbać o dzieci. Myślę, że wystarczy zagonić je do domu i rzucić zaklęcie przyciemniające na szyby. To powinno powstrzymać je od zobaczenia czegokolwiek, co stanie się na podwórku. Reszta powinna być łatwa. Tak jak mówiłam, czar raczej na pewno nie jest zaawansowany.
Wróciła do Aarona i z najwyższą niechęcią usiadła z powrotem na tej raczej żałosnej imitacji ławki. Dyskretnie rozejrzała się wokoło, po czym położyła dłoń na ramieniu mężczyzny i delikatnie odwróciła go tak, by oboje byli plecami do sierocińca i podwórka. Wysunęła różdżkę z kieszeni i wykonała prosty ruch. Po kilku sekundach w oddali rozległ się grzmot, a niebo zaczęły zasnuwać ciemne chmury. Zaklęcie ulewy potrzebowało około dziesięciu minut, by w pełni się rozkręcić. Nie pozostało im nic innego, jak czekać.
avatar
Hunter Grace
Auror


Skąd : Anglia
Krew : Czysta
Majątek : klasa średnia

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Aaron Gale on Pon 14 Wrz 2015, 11:33

Aaron bardzo chętnie słuchał swojej podopiecznej, z którą, na dobrą sprawę, pierwszy raz był na misji. Tak, misja została przydzielona akurat im, ponieważ mężczyzna miał sprawdzić umiejętności Hunter, jej przygotowanie, jej spostrzegawczość. Na chwilę obecną nie mógł się do niczego przyczepić, gdyż kobieta wykazywała się fantastyczną spostrzegawczością, pomysłowością i kreatywnością. Przy tym jej wnioski były w stu procentach zgodne z tymi, jakie nasuwały się Aaronowi.
- Masz rację w tym wszystkim co mówisz. Zaklęcie spróbujemy przełamać na chwilę. Na razie trzeba się zatroszczyć o to, by nasz przyjaciel nam nie uciekł. Poza tym, miejmy się na baczności. Skoro korzysta z Czarnej Magii, to wątpię, by powstrzymało go coś przed próbą zabicia nas. Nie ryzykuj niepotrzebnie. – powiedział kładąc dłoń na jej dłoni. Chciał zwiększyć autentyczność ich przykrywki. A może nie tylko? Cóż, teraz nie było sensu roztrząsać takich rzeczy. Gdy wreszcie z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, a dzieci zostały zagonione przez przełożoną sierocińca do środka, to Aaron wstał i odetchnął głęboko, po czym wyjął różdżkę. Najpierw jednym sprawnym ruchem zatrzasnął wszystkie drzwi, które wychodziły na ten dziedziniec. Następnie rzucił zaklęcie przyciemniające szyby. Gdy miał już pewność, że żadne z dzieci ani zakonnic nie dostrzeże tego, co się tutaj będzie działo, nałożył na okolicę zaklęcie antyteleporatacyjne. Kilka zaklęć antymugolskich…ot, nic specjalnego. Standard. Kiedy teren był zabezpieczony, to mężczyzna skinął głową w stronę swojej towarzyszki.
- Twoja kolej. – powiedział do niej pozwalając jej przełamać zaklęcie. Zastanawiał się, jak też jej się to uda, ciekawiła go jej metoda. Czy zastosuje metodę siłową, czyli będzie walić zaklęciami, aż nie pęknie zaklęcie obronne, czy podstępem, stosując odpowiednie przeciwzaklęcie? To było ciekawe, chociaż z drugiej strony mogło być dosyć niebezpieczne, gdyż, jak wiadomo, mieli do czynienia z czarną magią, która nigdy nie wiadomo jak zadziała. Zwłaszcza jeśli chodzi o tarcze takie jak ta. Przynajmniej ratowało ich to, że, tak jak wspomniała Hunter, zaklęcie było jakby niedokończone, a więc miało masę słabych punktów. Niestety, było przy tym bardziej nieprzewidywalne. Cóż, wszystko w rękach Grace. Jak się teraz zachowa? Ciekawiło go, co zapamiętała z treningów z nim.
avatar
Aaron Gale

Krew : Czysta
Majątek : Zamożny

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wejście i plac zabaw

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach