Gabinet dyrektora

Go down

Gabinet dyrektora

Pisanie by Konrad Moore on Pią 19 Kwi 2013, 17:21



Choć to gabinet dyrektora szpitala, rzadko można go w nim spotkać. Pomieszczenie pełni więc funkcje typowo administracyjne: znajdują się tu dane wszystkich pacjentów, a także rzadkie eliksiry.

Dyrektor: Vincent Cramer
avatar
Konrad Moore
Minister Magii


Wiek : 75
Skąd : Londyn, Anglia
Krew : czysta
Majątek : bardzo bogaty

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Vincent Cramer on Nie 28 Kwi 2013, 22:55

Cramer wkroczył do swojego gabinetu równo w czasie gdy zegar wybijał godzinę 21. Odłożył teczkę na fotel i zastąpił ciemną marynarkę białym, lekarskim kitlem. W drodze do gabinetu zdążył zahaczyć o pokój pielęgniarek, w którym dostał raport z całego dnia i odprawił uzdrowicieli z porannej zmiany.
Po upływie kwadransa w gabinecie unosił się zapach świeżo zaparzonej kawy. Powietrze od czasu do czasu przecinał świst przerzucanych w pośpiechu kartek papieru, któremu akompaniowała muzyka klasyczna dochodząca z mugolskiego radia, które lata swej świetności dawno miało już za sobą. Vincent zapalił jedną z lampek, która pogrążyła pomieszczenie w przyjemnym półmroku. Zapowiadał się dziś wyjątkowo spokojny dyżur.
avatar
Vincent Cramer
Uzdrowiciel


Wiek : 39
Skąd : Catanzarro, Włochy
Krew : czysta
Majątek : bogaty

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t764-skrytka-pocztowa-vincenta

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Amandine Løvenskiold on Czw 27 Cze 2013, 19:07

Spośród mnóstwa niewykorzystanych dni urlopu, postanowiła wreszcie poświęcić jeden na załatwienie dotychczas nie załatwionych spraw. Jedną z nich, tą, za którą jej były przełożony zapewne urwałby jej głowę, była aż dotąd odkładana wizyta u lekarza. Odkąd pojawiła się w Anglii, nie widziała szczególnej potrzeby odwiedzania szpitala i składania w nim swoich papierów. Gdy była chora, chodziła do przychodni nie robiących szczególnych trudności w kwestiach biurokratycznych - zazwyczaj bowiem przychodziła już w stanie tak tragicznym, że odesłanie jej byłoby typowym błędem lekarskim.
Tylko, że na dłuższą metę taki układ nie miał racji bytu. Tego samego próbowała przecież w Norwegii, po czym, chcąc nie chcąc, musiała zdecydować się na jednego lekarza, który będzie wiedział o niej niemal wszystko. Teraz, z perspektywy czasu, widziała tego plusy. Był tylko jeden podstawowy problem. Problem zaufania.
W Norwegii potrzebowała mnóstwa czasu na to, by wreszcie mówić wszystko szczerze - a potrzebowałaby jeszcze więcej, gdyby uzdrowiciel nie potrafił jej po prostu podejść. Bycie szczerą nakreślił jej tak, jak gdyby było to wyzwanie. Rzucił jej rękawicę, którą musiała podnieść, bo gdyby tego nie zrobiła, przegrałaby z własną dumą. Kiedy zaś już to uczyniła, mężczyzna zapewnił jej wsparcie, o jakim przedtem mogła tylko pomarzyć. Był jej internistą i psychologiem w jednym. Uwielbiała go - na tyle, ile potrafiła kogokolwiek uwielbiać.
Tym bardziej więc kwestia nowego lekarza rysowała jej się w czarnych barwach. Na plus przemawiało wprawdzie to, że nazwisko polecił jej były przełożony, któremu również nauczyła się wreszcie ufać, oraz to, że wskazane miano definitywnie wskazywało na mężczyznę. Sugestia, by udała się do uzdrowicielki, byłaby zupełnie bezcelowa - przy jej problemach z kontaktami międzyludzkimi dodatkowe utrudnienie w postaci kobiety (z którymi przecież zupełnie nie potrafiła nawiązać nici porozumienia, a wyjątek w postaci Morwen jedynie to potwierdzał) z góry skazywałoby całe przedsięwzięcie na porażkę.
A więc wzięła dzień urlopu, teczkę ze wszystkimi papierami na jej temat, jakie jej poprzedni uzdrowiciel zdołał zgromadzić i świstek papieru z niedbale nabazgranym nazwiskiem, po czym wreszcie przykładnie pojawiła się w szpitalnych murach, tym razem nie po to, by wizytę znów przekładać, a by wreszcie doprowadzić ją do skutku.
Idąc za wskazaniem przemiłej kobieciny z rejestracji, trafiła pod drzwi wskazanego gabinetu i... Wspaniały żart, szefie. Dyrektor, co? I choć odwrócenie się na pięcie i odejście bardzo ją kusiło, z westchnieniem rezygnacji oparła się o ścianę naprzeciw drzwi. Ta sama kobieta poinformowała ją, iż dyrektor jest teraz gdzieś na terenie szpitala, ale tym razem Amandine postanowiła iść w zaparte - poczeka do skutku, bo jeśli teraz stąd wyjdzie, znów zacznie spotkanie to przekładać przez kolejne miesiące.
avatar
Amandine Løvenskiold
V-ce dyrektor Filii Aurorów


Wiek : 31
Skąd : Oslo, Norwegia
Krew : czysta
Majątek : zamożna

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t766-skrytka-pocztowa-amandine

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Vincent Cramer on Czw 27 Cze 2013, 21:25

- Amandine Løvenskiold czeka pod pańskim gabinetem. 
Vincent odwrócił się na pięcie i niemal w locie chwycił pustą kartę, którą podała mu recepcjonistka. Ledwo co zwlókł się z łóżka, a już latał po całym szpitalu jak kot z pęcherzem. Miles wyszedł z budynku rano i nie pokazał się do tej pory, podobnie jak Marie. Obojgu należał się zasłużony odpoczynek za nadskakiwanie nad łóżkiem najupierdliwszego pacjenta na świecie.
- Witam - mężczyzna zatrzymał się przed drzwiami gabinetu i nim nacisnął na klamkę, skinął głową w kierunku jasnowłosej czarownicy, która najwyraźniej była wspomnianą wcześniej Amandine Løvenskiold. Kobieta, która przynajmniej dziesięć razy wcześniej w ostatniej chwili odwoływała swoją wizytę.
- Jestem niezmiernie zadowolony, że w końcu udało nam się spotkać. Do... jedenastu razy sztuka. Vincent Cramer - uzdrowiciel wyciągnął w jej kierunku rękę, a gdy uczyniła to samo uwięził ją w proporcjonalnie mocnym uścisku na powitanie.
Drzwi do gabinetu uchyliły się w końcu. Mężczyzna obszedł stare, dębowe biurko i zrzucił z siebie śnieżnobiały fartuch, który odwiesił na oparciu fotela. Czarna koszulka, którą dzisiaj założył sprawiała, że jeszcze wyraźniej widać było bladość na jego twarzy. Eliksiry robiły swoje, ale czarodziej wciąż nie doszedł w pełni w do siebie.
- Co więc Panią do mnie sprowadza?
Vincent usiadł w swoim fotelu i wskazał kobiecie drugie, znajdujące się naprzeciwko biurka. Splótł ze sobą dłonie i ułożył je wygodnie na biurku, całą swą uwagę poświęcając już młodej aurorce.
avatar
Vincent Cramer
Uzdrowiciel


Wiek : 39
Skąd : Catanzarro, Włochy
Krew : czysta
Majątek : bogaty

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t764-skrytka-pocztowa-vincenta

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Amandine Løvenskiold on Czw 27 Cze 2013, 21:54

Nie patrzyła na zegarek i nie odliczała czasu. Wprawdzie spędzanie wolnego dnia - pierwszego wolnego dnia od... od jakiego czasu właściwie? - akurat w szpitalu nie było najciekawszym sposobem, jaki umiała sobie wyobrazić, ale cóż poradzić. Chociaż raz musiała zachować się jak... jak... och, jak facet. Przyjąć wszystko na klatę.
Na widok nadchodzącego korytarzem mężczyzny, odepchnęła się od ściany uznając, że skoro ten tutaj miałby być jej lekarzem, należy mu się chociaż odrobina szacunku. I wypadałoby zrobić dobre pierwsze wrażenie.
- Amandine Løvenskiold. - Uścisnęła jego dłoń, przedstawiając się. Dopiero po chwili doszła do wniosku, że musiał doskonale wiedzieć, kim była. Umawiała się na nazwisko, czyż nie? - Tak się złożyło. - Wzruszyła lekko ramionami na jego komentarz co do ilości przekładanych wizyt. Nie wierzyła, by była jedynym takim przypadkiem. Naprawdę nie wierzyła.
Wchodząc do gabinetu, dyrektorskim przyzwyczajeniem rozsiadła się wygodnie po jednej stronie biurka. Dobrze, że przynajmniej po tej właściwiej, dla pacjentów. Bez słowa położyła na biurku swoją teczkę z papierami, gdy zaś mężczyzna zajął swoje miejsce, przesunęła ją w jego stronę.
- Póki co tylko formalności - rzuciła, nie siląc się na szczególny entuzjazm. Nie lubiła lekarzy. Szpitali. Smrodu chemikaliów. To zdecydowanie nie był jej klimat. Poza tym, biały fartuch mimo wszystko rzadko kojarzył jej się z zaufaniem, może dobrze więc, że Cramer, zupełnie nieświadom jej uprzedzeń, go z siebie zdjął. Dobry znak?
Chrząknęła cicho. Nosiło ją, właściwie była niemal gotowa by wstać, przeprosić i wyjść. Ale to byłoby szczeniackie. A ona nie zachowywała się jak szczeniak. Ignorując więc to, że jej północny akcent jest dziś dużo wyraźniejszy a spojrzenie jeszcze mniej ufne, przystąpiła do rzeczy.
- Oddelegowano mnie tu ze Skandynawskiej Filii Aurorów. Zdobywanie doświadczenia, współpraca międzynarodowa. - Wzruszyła ramionami. Skąd miała wiedzieć, jaki dokładnie powód stał za przysłaniem jej tutaj? - W każdym razie, jako auror oraz jako ja sama muszę mieć własnego lekarza. - Przeszukując kieszenie spodni, wyciągnęła wizytówkę swego poprzedniego uzdrowiciela z Oslo. Dr Lauritz Anker. Pod nazwiskiem adres kliniki i numer telefonu - Anker nie unikał mugolskiej techniki.
- Dr Anker prowadził mnie w Oslo. Zarówno on, jak i mój przełożony uznali, że w Londynie to pan poradzi sobie ze mną najlepiej. - Forma tego zdania była celowa. W jej przypadku dobranie lekarza nigdy nie dotyczyło tylko jego profesjonalizmu, ale również charakteru. Nie miała pojęcia, skąd tamci znali Cramera, ale musieli coś o nim wiedzieć, skoro to właśnie jego nazwisko widniało na podanym jej skrawku papieru.
- To wszystkie moje papiery. - Wskazała na leżącą na biurku teczkę i zamilkła. Póki co od niej byłoby to właściwie tyle. Dużo więcej zapewne będzie musiała tłumaczyć po lekturze przez uzdrowiciela karty, bo ta była szczególnie bogata.
Były urazy typowe - naciągnięcia mięśni, nadwyrężenia, zwykłe przemęczenie. Jedno skrajne odwodnienie z koniecznością podania kroplówek. Złapanie prawego przedramienia, bez przemieszczenia. Ponowne złamanie, tym razem lewego - z przemieszczeniem. Do tego stała dieta stosowana przy podwyższonej glukozie, wzbogacona dodatkowo w celu dostosowania jej do aktywnego trybu życia. Wyniki regularnie powtarzanych testów wysiłkowych. To były jednak bardzo oczywiste - nic do dodania. Znacznie bardziej problematyczne były wpisy oddzielone od pozostałych kolorową przekładką. Nowa część jej jakże barwnej historii rozpoczynała się wypisem ze szpitala i podkreślonym zaleceniem. Zalecana konsultacja z psychologiem. Następnie sam zapis przebiegu konsultacji. Nigdy go nie czytała, ale nie mogło być tam zbyt wiele. Z tego, co pamiętała, bardzo otwarcie odmawiała wtedy współpracy. Zakończyli ją zapewne podsumowaniem zespół stresu pourazowego, bo tymi słowami psycholog ją pożegnał. Było też zapewne zalecenie specjalistycznej terapii. Była na trzech wizytach, bo zmusił ją przełożony. Potem najzwyczajniej w świecie to olała, nie przekraczając progu sali terapeutycznej ani razu więcej.
Na koniec części dotyczącej jej najwyraźniej niestabilnej psychiki znajdowała się dodatkowa karteczka, której trudno było przypisać miano typowo medycznej. Ot, zwykła, kolorowa kartka wyrwana z notatnika i cztery słowa: zaburzenia osobowości? osobowość dyssocjalna? Fachowego potwierdzenia diagnozy w papierach nie było.
avatar
Amandine Løvenskiold
V-ce dyrektor Filii Aurorów


Wiek : 31
Skąd : Oslo, Norwegia
Krew : czysta
Majątek : zamożna

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t766-skrytka-pocztowa-amandine

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Vincent Cramer on Pią 28 Cze 2013, 22:23

Doskonale wiedział przede wszystkim dlatego, że nie tolerował spóźnień. W tym młodym ciele mężczyzny tkwiła dusza człowieka o przynajmniej 50-letniej mentalności. Cenił sobie spokój i punktualność, stronił od hucznych zabaw i większość czasu spędzał z nosem w książkach. Ktoś mógłby powiedzieć, że marnuje najlepsze lata swojego życia, a on właśnie spędzał je najlepiej jak umiał. Zgodnie ze swoją naturą.
Nie wierzyła? A powinna. Rzadko kiedy zdarzało się, by ktoś odwołał swoją wizytę. Przede wszystkim dlatego, że trzeba było długo czekać na kolejną. Cramer jako jeden z nielicznych mógł poszczycić się specjalizacją z psychiatrii i choć wydawać by się mogło, że to mało oblegana dziedzina, było wręcz przeciwnie. W obecnych czasach człowiek potrzebował kontaktu z drugim człowiekiem. Wszyscy byli jednak zbyt zabiegani i zajęci sobą, spędzali coraz mniej czasu na zwykłej rozmowie. I coraz więcej osób z zaburzeniami pukało do jego drzwi, szukając tej nici porozumienia, która wyciągnęłaby ich znów na powierzchnię. Mógłby słuchać pacjentów godzinami – liczyło się wszystko, każdy gest, mimika, każde słowo. Czuł się niczym sam Sherlock Holmes, który po nitce musi trafić do kłębka. A nie było to łatwe – pacjenci którzy do niego trafiali mieli przykry zwyczaj negowania wszystkiego. Były to nieufne, zamknięte w sobie osoby, nad którymi trzeba było naprawdę dużo pracować, by zdobyć ich zaufanie. Każdy przypadek był tu wyzwaniem. To nie było zwykłe połatanie złamanej nogi i wskazanie człowiekowi drzwi. Zaglądało się w cały jego świat, w intymność i to wymagało czasu. Dla niego każda osoba w tej kolejce miała swoje imię, nazwisko i całą historię. Nie była kolejnym przypadkiem w tłumie, której wystarczyło podać eliksir i odesłać do domu z zaleceniami spisanymi na karteczce. Musiał ich wszystkich oswoić, każdego z osobna. Pokazać, że jest wart tego, by wysłuchać opowieści. Każda z nich była szczególna. I każda pokazywała, jak mały jest człowiek wobec wszystkiego, co się wokół niego dzieje.
Z zamyślenia wywołał go ton głosu czarownicy. Skinął głową.
Zawsze ściągał fartuch. Taki odruch. W swoim gabinecie swobodniej czuł się jako Vincent-zwykły człowiek, a nie Vincent-uzdrowiciel. Po czasie zauważył jednak, że świadomi lub nieświadomi tego pacjenci zdecydowanie lepiej wtedy na niego reagowali. Był w końcu tacy, jak oni. Nie był Bogiem, który znał odpowiedzi na ich wszystkie pytania i wątpliwości. Starał się pomóc najlepiej, jak umiał, choć miał takie samo prawo do błędu, jak każdy inny człowiek. Z tym, że on ten margines pomyłki starał się ograniczyć do minimum. Zbyt wiele spoczywało na jego barkach.
Lauritz Anker. Vincent przesunął dłonią po brodzie. Środowisko uzdrowicieli miało to do siebie, że było dość hermetyczne. Ciągle dokształcanie się wymagało częstych wyjazdów zagranicznych, a co się z tym wiązało – znaczne poszerzanie kręgów znajomości. Ankera poznał kilka lat temu, gdy kończył praktyki w jednym z norweskich szpitali. Ciężko stwierdzić, czy się lubili. Każde z nich wtedy starało się wypaść jak najlepiej i wyrobić sobie nazwisko. Później kilkukrotnie mieli ze sobą do czynienia podczas konferencji organizowanych przy okazji pojawienia się nowych eliksirów lub zaklęć uzdrawiających. Cramer wydobył jego wizerunek z najgłębszych zakamarków pamięci. Specyficzny człowiek. Jeśli polecił go swojej pacjentce, nie zrobił tego bez powodu. W niedługim czasie miało się okazać, czy to szczęśliwy traf, czy pech tak chciał.
Mężczyzna sięgnął dłonią po teczkę. Historia medyczna siedzącej przed nim aurorki składała się na stos uporządkowanych i dokładnie opisanych dokumentów. Zielone tęczówki Włocha błądziły po kolejnych linijkach i kartach. Początek był typowy, jak na osobę w której ryzyko zawodowe wpisane były liczne urazy mechaniczne. Co jakiś czas szelest pergaminu przecinał idealną ciszę, jaka panowała w gabinecie. Jego wzrok w końcu napotkał na to, co wydawało się być kluczem do całej zagadki, jaką zafundował mi Anker. Dłonie mężczyzny zatrzymały się na chwilę, nieuważnie zaginając róg strony. Kilka skierowań na psychoterapię, podejrzenie stresu pourazowego… i ta niewielka karteczka. Brunet wygładził kartę i podniósł wzrok z dokumentacji na twarz czarownicy.
Osobowość dyssocjalna, psychopatia, osobowość antyspołeczna, jego umysł natychmiast zaczął podrzucać mu kolejne fragmenty informacji, jakie zgromadził podczas studiów. Niespiesznie przerzucił kolejną stronę, nie odnajdując jednak na niej żadnej kontynuacji tematu. To było wszystko. Kilka zdawkowych informacji i ta jedna mała karteczka. Znalazła się tam przypadkiem, czy została włożona celowo? Pozostała część historii nie zawierała w sobie żadnej wzmianki na ten temat. Fałszywy trop?
- Napije się pani czegoś, pani Løvenskiold, czy znów musi pani uciekać? – Vincent zamknął teczkę i odłożył ją na biurko, nie przesuwając jednak w stronę kobiety. Ułożył na niej jedną dłoń, drugą wspierając swój zarośnięty policzek.
- Jest coś o czym chciałaby mi pani powiedzieć? Ma pani jakieś swoje zasady, o których uważa, że powinienem ich przestrzegać w naszych kontaktach?
avatar
Vincent Cramer
Uzdrowiciel


Wiek : 39
Skąd : Catanzarro, Włochy
Krew : czysta
Majątek : bogaty

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t764-skrytka-pocztowa-vincenta

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Amandine Løvenskiold on Pią 28 Cze 2013, 22:53

Cisza w gabinecie była ciszą przed burzą? Dla Amy z pewnością tak. Mając za sobą świetną szkołę zafundowaną jej przez los, bogów czy złośliwe duszki w kestii ukrywania tego, co działo się w jej głowie, wyglądała dość... normalnie. Siedziała i czekała, zajmując się w międzyczasie analizowaniem wystroju gabinetu. Chciała wiedzieć o lekarzu cokolwiek, poza nazwiskiem i podkreślała to wielokrotnie już w Norwegii - tam jednak jej prośby, groźby i fochy były zwyczajnie ignorowane. Dano jej karteczkę, kopniaka na szczęście i wsadzono na statek. W drogę, funkcjonariuszko Løvenskiold!
Właśnie, w drogę. Bardzo chciała znów w tę drogę ruszyć. Mogła prowadzić gdziekolwiek, nawet do pobliskiego spożywczaka - najważniejsze jednak, by wyprowadziła ją stąd. Bo, choć maskowała się całkiem nieźle, prawda była taka, że przesiadywanie tu, na tym fotelu, w tym gabinecie i z tym lekarzem było dla niej istną katorgą. Nie taką może, jaką byłoby przesiadywanie w innym fotelu, innym gabinecie i z uzdrowicielką, ale jednak. Szpitale omijała zazwyczaj nie dlatego, że bała się bólu czy drżała o swe marne życie. Omijała je dlatego, że nie znosiła sztucznej uprzejmości, pocieszania w nieodpowiednich chwilach i udawania, że każdy pacjent ważny jest jak członek rodziny.
Teraz jednak stał się cud - była tu z własnej woli! Rzeczywiście, pojawienie się na wizycie wymagało od niej wygrania licznych batalii z samą sobą, ale w końcu odniosła zwycięstwo. I była tutaj, tak? Tylko to się liczyło.
Drgnęła, słysząc głos. Chyba do niej. Och, z pewnością do niej, w końcu byli tu tylko we dwoje. Pozostawiła więc okno, od dobrej chwili świdrowane wzrokiem, samemu sobie i spojrzała na siedzącego po drugiej stronie biurka mężczyznę.
- Nie muszę. - Muszę. MUSZĘ, cholera. Odetchnęła powoli. Po coś tu przyszła. I z pewnością nie po to, by dostarczyć uzdrowicielowi dodatkowej lektury. Przynajmniej nie tylko po to. - Kawę, jeśli można. Najmocniejszą, jaką pan posiada.
Bardzo starała zachowywać się normalnie. Wiesz, co to jest normalność? zapytał ją kiedyś Anker. Normalność jest wtedy, gdy ludzie ze sobą rozmawiają. Gdy spotykając kogoś obcego uśmiechasz się do niego, dając mu w prezencie kredyt zaufania. Przez długą chwilę mierzyła go wtedy lodowatym spojrzeniem, by na koniec wstać i wyjść bez słowa, trzaskając drzwiami na pożegnanie. Naprawdę dziwiła się, że wytrzymał z nią tak długo, choć niejednokrotnie miał okazję pozbyć się problemu i po prostu zamknąć ją w pokoju bez klamek.
- Lepiej niech pan spyta o to, co powinnam powiedzieć. - Odruchowo zaczęła pukać bezgłośnie opuszkami palców w poręcz fotela. - Zasady? Bardzo wiele, ale wątpię, by tu obowiązywały. Jeśli po lekturze... - Ruchem głowy wskazała teczkę. - ...nie odprawił mnie pan z kwitkiem, zakładam, że jest pan takim samym desperatem jak Anker, porywającym się na walkę z wiatrakami. W takich okolicznościach moje zasady zupełnie się nie liczą.
W Norwegii swych zasad bardzo broniła. Pierwsze wizyty były jedną wielką pyskówą z jej strony. A Anker... Słuchał. Milczał. Patrzył. Złamał ją, nie mówiąc ani jednego słowa. Gdy wreszcie zamilkła i usiadła naprzeciw niego, zrobiła to z własnej, nieprzymuszonej woli. Wtedy zaś zaczęli pierwszą, cywilizowaną rozmowę, a jej zasady całkiem naturalnie zeszły na dalszy plan.
Zamierzała chyba o coś zapytać, najwyraźniej jednak zrezygnowała z tego zamiaru, bowiem spoglądała tylko na uzdrowiciela wyczekująco. Przywykła do tego, że na wizytach to jej zadawano pytania, konkretne pytania, ona odpowiadała i szła do domu z receptą bądź skierowaniem. Inaczej wyglądało to tylko z Ankerem. Tego, jak miały przebiegać jej spotkania z tym tutaj, nie mogła przewidzieć. Prawdę mówiąc, nie mogła też być pewną, że jakieś kolejne spotkania w ogóle się odbędą.
avatar
Amandine Løvenskiold
V-ce dyrektor Filii Aurorów


Wiek : 31
Skąd : Oslo, Norwegia
Krew : czysta
Majątek : zamożna

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t766-skrytka-pocztowa-amandine

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Vincent Cramer on Nie 30 Cze 2013, 18:40

Niewiele więc jak widać miało zmienić się w prowadzeniu terapi. Wspólna szkoła sprawiła, że Anker i Cramer stosowali podobne metody. Vincent brzydził się wszystkimi robionymi od linijki testami, w których pacjenci mieli zbierać punkty, a wynik końcowy miał jednoznacznie zaklasyfikować ich do danej jednostki chorobowej. Wystarczyło jednak, by czyjeś symptomy nie były książkowe, a całą procedurę diabli wzięli. Tu potrzeba było indywidualnego podejścia, a nie systemu, który może i się sprawdzał, ale co najwyżej w szkole. Choć i tam był wysoce niesprawiedliwy.
Usatysfakcjonowała go ta odpowiedź. Po tych kilku odwołanych wizytach zdążył zauważyć, że Løvenskiold była albo bardzo zajętą, albo bardzo antypatycznie nastawioną do szpitali kobietą. Sądząc po jej mimice i historii choroby mógł śmiało ręczyć głową za to drugie.
Uzdrowiciel wstał z miejsca i podszedł do niewielkiej komody, na której blacie stał komplet filiżanek i słoik z mieloną kawą. Włoską kawą. Najlepszą, jaką pił w swoim życiu. Zawsze z urlopu przywoził cały worek ziaren, które później mielił przy pomocy swego zdezelowanego już młynka. Nie był w stanie przełknąć łyka tych fusów, które Anglicy serwowali w swoich wyśmienitych kawiarniach.
- Rozumiem, że bez mleka i cukru? – kremowy, najzwyklejszy na świecie komplet filiżanek uniósł się w powietrze i przeleciał nad biurkiem, gładko lądując przed czarownicą. Czarna zawartość naczynka rozsiewała wokół mocny, pobudzający zapach. Druga filiżanka stanęła obok teczki aurorki, po Vincentowej stronie biurka. 
- Co powinna Pani powiedzieć?
Brunet uniósł brwi i usiadł ponownie w fotelu. Wsunął palec w ucho kruchego naczynia i objął je dłonią, czując jak gorąca woda przez szklaną ściankę parzy go w skórę. – Z czego wynika ta powinność?
Czyżby Anker z koleżeńskiej sympatii podesłał mu ten niecodzienny przypadek? Coś podpowiadało Vincentowi, że jego dawny znajomy rzuca mu tym samym rękawicę.
- Posłucham z czystej ciekawości. Ludzie potrafią mieć różne przyzwyczajenia. Jak pracuje się Pani w deszczowej Anglii?
avatar
Vincent Cramer
Uzdrowiciel


Wiek : 39
Skąd : Catanzarro, Włochy
Krew : czysta
Majątek : bogaty

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t764-skrytka-pocztowa-vincenta

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Amandine Løvenskiold on Nie 30 Cze 2013, 19:38

Ostatnim, czego się spodziewała, było... spotkanie towarzyskie. Bo właśnie tak zaczęła wyglądać jej wizyta. Równie dobrze mogłaby natknąć się na uzdrowiciela w kawiarni i tam przedstawiać mu swoją barwną historię. Tylko, że wtedy nie dostałaby tak dobrej kawy.
- Bez. - Przytaknęła, a gdy filiżanka wylądowała z gracją na biurku przed nią, przez dłuższą chwilę upajała się samym zapachem. Nigdy wcześniej nie spotkała się z kofeiną podaną w tak aromatyczny - i smaczny, jak się po chwili okazało - sposób. Niemal zaczęła żałować, że nigdy nie wykorzystała wakacji na zagraniczne podróże. Może wtedy nie musiałaby czekać aż do tej wizyty, by spróbować czegoś tak dobrego. Spoglądając na uzdrowiciela znad brzegu delikatnego naczynka niemal zapomniała gdzie i po co się znajduje.  
- Z tego, że nie wszystko jest w papierach. - Nieznacznym ruchem głowy wskazała teczkę. - Są diagnozy. Nie ma przyczyn. - Była gotowa na to, by po raz kolejny wrócić do tamtego dnia. Przypomnienie sobie szczegółów nie byłoby trudne, biorąc pod uwagę, że obrazy z tego konkretnego fragmentu przeszłości prześladowały ją każdej nocy. Tak, przypomnienie sobie wszystkiego byłoby bardzo proste. Dużo trudniej byłoby ubrać w słowa to, co czuła. Choć dota powtarzała już opowiesć po wielokrość, nigdy nie nauczyła się sobie z tym radzić. Może właśnie dlatego nie poruszyła tematu sama z siebie. Odpowiedziała na pytanie, lecz nic ponadto. W tej konkretnej kwestii potrzebowała jasno postawionego pytania, by wrócić tam, dokąd wracać nigdy nie chciała.
Kolejny temat był znacznie łatwiejszy.
- Niezależność. Prywatność. Dwie podstawowe wartości leżące u podstaw mych zasad, które tutaj tracą swe znaczenie. - Wzruszyła lekko ramionami. Po pamiętnym miotaniu się po gabinecie Ankera i sromotnej porażce pogodziła się już z faktem, że gabinet to terytorium, gdzie zasady określa uzdrowiciel, nie ona. - Przyzwyczajenia mam natomiast znacznie bardziej typowe. - Poranny jogging z psem. Mocna kawa. Powrót do domu dopiero wtedy, gdy w pracy już mnie nie chcą. - Kąciki jej warg drgnęły nieznacznie. Czyli jednak umiała się uśmiechać.
Równie dobrze jednak chwilowa zmiana wyrazu twarzy mogła być jedynie złudzeniem, tak szybko wszystko wróciło do normy.
- W Anglii jest... Bardzo podobnie, jak w Norwegii. Trochę cieplej i rzeczywiście bardziej deszczowo. Jedyne, co mi się nie podoba, to system edukacji. Spośród młodych trafiających do Filii może pięć procent rzeczywiście do czegoś się nadaje. Reszta to śmiech na sali. - Zmrużyła oczy, przerywając przemowę na kolejny łyk kawy. - Studia nie potrafią przeprowadzić odpowiedniego rozdziału tak, by absolwenci aurorstwa rzeczywiście zasługiwali na dyplom. U nas czegoś takiego nie ma. - Jeszcze jeden łyk. Takie podanie kofeiny niezwykle jej odpowiadało. - Z medycyną jest tutaj tak samo? - Zapomniała, że to właściwie nie ona powinna zadawać pytania.
avatar
Amandine Løvenskiold
V-ce dyrektor Filii Aurorów


Wiek : 31
Skąd : Oslo, Norwegia
Krew : czysta
Majątek : zamożna

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t766-skrytka-pocztowa-amandine

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Vincent Cramer on Nie 30 Cze 2013, 20:39

Pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że pytanie o pracę w Anglii nie było zwykłym, grzecznościowym pytaniem, jaki stały mieszkaniec zadaje świeżemu przybyszowi. Vincent podchwycił trop i zaczął już węszyć, a pierwszym co chciał potwierdzić lub wykluczyć było to, czy ta malutka kolorowa karteczka miała w tej zawiłej historii jakąkolwiek rację bytu.
- Studia diametralnie różnią się od tego, z czym spotykamy się później w pracy. Sądząc po młodych uzdrowicielach, którzy byli w tym roku na praktykach, muszę niestety przyznać Pani rację.
Brunet również przysunął filiżankę z kawą do ust i upił z niej kilka drobnych łyków. Wciąż była piekielnie gorąca. I wciąć nie wolno mu było jej spożywać. Po ostatnich przygodach dostał zakaz picia napojów kofeinowych przez najbliższy miesiąc. Skoro jednak podjął już swoje obowiązki, to śmiało uznał, że nadzór panny Volante dobiegł końca. A to oznaczało, że znów mógł truć się na własne życzenie. Na coś w końcu trzeba umrzeć, mógłby rzecz gdyby miał na karku siedemdziesiąt lat. A miał zaledwie trzydzieści.
- A chce mi Pani o tym opowiedzieć? – jego plecy przylgnęły do miękkiego, odpowiednio wyprofilowanego oparcia fotela. Nie miał w zwyczaju podczas pierwszego pytania przepytywać pacjentów jak ostatni szaleniec. Robił przede wszystkim to, co sami sugerowali mu by zrobił. Skoro więc Amadine starała się skierować jego myśli na analizowanie przyczyn jej zachowania nie pozostawało mu nic innego, jak popłynąć z nurtem tej rzeki. Mogłoby się wydawać, że to uzdrowiciele rządzili w swoich gabinetach. Nic bardziej mylnego. To pacjenci narzucali tempo rozmowie. Włoch mógł co najwyżej skorygować jej tor.
- Jakie emocje wiążą się z tymi wspomnieniami? Pierwsze słowo, które przychodzi Pani na myśl.
Nie chciał słuchać suchych, merytorycznych historii. Nie teraz. Na to miał przyjść jeszcze raz. Tego mógł się dowiedzieć po jednej sowie Ankera.
- A jednak zjawiła się Pani w tym gabinecie. Dlaczego? Proszę mi nie mówić, że musiała Pani w końcu załatwić sprawę opieki lekarskiej. Poszłaby Pani wtedy do kogokolwiek innego, byle szybciej i bezboleśniej załatwił sprawę. Dlaczego?– Løvenskiold w niedalekiej przyszłości będzie z pewnością miała dość tego jednego, krótkiego pytania, na którym bazowała większość jego rozmów z pacjentami. Przerobił to już setki razy. Początkowo będzie ją frustrować. Później będzie starała się go przedrzeźnić, podważyć kompetencje, a później przywyknie. Dlaczego stanie się po pewnym czasie niepotrzebne. Sama nauczy się przechodzić od ogółów do szczegółów i dostrzegać rzeczy, które wcześniej umknęłyby jej uwadze. Vincent nie chciał nauczyć jej uzależniać się od rozmowy z drugim człowiekiem. Chciał pokazać jej, że w niedługim czasie sama świetnie nauczy się odnajdować przyczyny swoich problemów. Może i na początku nie będzie potrafiła się z nimi uporać, ale to też przyjdzie z czasem.
- Dlaczego? Nie lubisz wracać do domu? – płynnie przeszedł z oficjalnej i stwarzającej dystans grzecznościowej formy na Ty. Liczył się z tym, że Norweżka może się spłoszyć i wycofać. Uzdrowiciel wyznaczał granice. Badał tylko jak daleko może się na tym etapie posunąć. Normalnie w takim przypadku powiedziałby coś o sobie, by pokazać że również otwiera się przed całkowicie obcą osobą. Ta jasnowłosa czarownica nie pójdzie na taki układ. Wiedział to już po pierwszej minucie rozmowy.
Opróżnił już filiżankę do połowy. Nie było mowy, by senność czy zmęczenie wkradły się na jego ciężkie powieki. Kofeina zrobiła swoje. A Vincent nie wydobył już z siebie nawet słowa. Nie uniósł brwi w wyczekującym wyrazie i nie zaczął bębnić z niecierpliwością w blat. Siedząc nieruchomo błądził spokojnie swymi jadeitowymi, przygaszonymi tęczówkami po twarzy młodej czarownicy, oczekując na jej ruch.
avatar
Vincent Cramer
Uzdrowiciel


Wiek : 39
Skąd : Catanzarro, Włochy
Krew : czysta
Majątek : bogaty

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t764-skrytka-pocztowa-vincenta

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Amandine Løvenskiold on Nie 30 Cze 2013, 21:05

To było jak rozgrywanie partii szachów. Wymiana ruchów, z których każdy miał zbliżyć do wygranej. Wskazanie konretnej sytuacji, która w tym momencie mogłaby być równoznaczna wiktorii było jednak trudne. Bo co Amy mogła uznać za sukces? Wyjście stąd bez żadnych postępów? To byłoby śmieszne. Nie po to tu przyszła. Cramer zaś? Czy otwarcie się Norweżki na rozmowę byłoby jego wygraną? To chyba nie było takie proste.
Czy chciała? Nie. Nie chciała. Nigdy nie chciała. Tylko, że teraz siedziała na fotelu naprzeciw uzdrowiciela i to przeczyło jej uporowi. Bo nikt jej nie zmusił, by się tu stawiła. Po prostu dano jej tę możliwość, którą w końcu zdecydowała się wykorzystać. Mimo tego jednak jedyną opdowiedzią na pierwsze pytanie było wzruszenie ramion.
- Bezradność. - Nie miała natomiast problemu z odpowiedzią na kolejne zaraz po jego postawieniu. Analizowała tamtą sytuację wielokrotnie, sama lub z Ankerem. Wydawać by się mogło, że po takim wgłębieniu się w przeszłość powinna już umieć wreszcie się przełamać. Ale nie umiała. Natrafiała na mur ciągle w tym samym miejscu.
Potem nie mogła nie przyznać mu racji. Rzeczywiście, przyszła, choć dotychczas załatwianie sobie opieki lekarskiej wychodziło jej całkiem nieźle i wcale nie wiązało się z wizytami właśnie u niego. Być może więc coś się zmieniło. Być może przełącznik w jej głowie zmienił pozycję, lub któraś z nocy zakończyła się inaczej niż zazwyczaj.
Milcząc przez dłuższą chwilę, odstawiła do połowy pustą filiżankę z powrotem na biurko. Zbierała słowa i odwagę na to, by się przełamać choć w niewielkim stopniu. Tym razem, po wcześniejszym przerabianiu już tej drogi z norweskim lekarzem, było nieznacznie łatwiej.
- Nie musiałam. Po prostu jestem zmęczona. - Jej głos zabrzmiał bardziej surowo niż w tym momencie by sobie życzyła. Sprawiał, że jej słowa potraktować można było jako unik. Jak gdyby nie były prawdą. Może właśnie dlatego zdecydowała się skrzyżować wreszcie wzrok z Cramerem. W spojrzeniu nie sposób było przemycić jakiekolwiek kłamstwo.
- Lauritz po coś podał mi pana nazwisko. - Dotychczas traktowany formalnie doktor Anker stał się wreszcie w jej słowach tym, kim rzeczywiście dla niej był - przyjacielem i opiekunem. - A ja nauczyłam mu się ufać. Nie wiem, czy potrafi mi pan pomóc. Nie wiem, czy ja umiałabym taką pomoc przyjąć. Ale wiem jedno. Spotykając się z Lauritzem, przesypiałam spokojnie noce. Teraz znów nie przesypiam. - Bycie szczerą przyszło jej znacznie łatwiej, niż się spodziewała. Nie umiała tylko ocieplić swego głosu. Według jego brzmienia wciąż pozostawała Królową Śniegu.
- Lubię. - Niemal nie zauważyła zmiany charakteru tej rozmowy. - Tylko w pracy potrzebna jestem bardziej. Filia to stado szczeniaków, panie Cramer. Szczeniaków, których ktoś musi uczyć. - Dopiero w tej chwili uświadomiła sobie zmianę formy stosowanej przez uzdrowiciela. Sama, choć nie miała nic przeciw temu w jego wykonaniu, nie zdecydowała się na takie przejście.
avatar
Amandine Løvenskiold
V-ce dyrektor Filii Aurorów


Wiek : 31
Skąd : Oslo, Norwegia
Krew : czysta
Majątek : zamożna

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t766-skrytka-pocztowa-amandine

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Vincent Cramer on Pon 01 Lip 2013, 15:55

W ramach odpowiedzi otrzymał jedynie bezwiedne wzruszenie ramionami. Który to już miała o tym wszystkim opowiadać obcej osobie? Doskonale wiedział, że zdążyła przygotować sobie już w głowie plan ten wypowiedzi i zaraz wyrecytuje mu tą historię na jednym oddechu. Suche fakty, pozbawione jakiegokolwiek podbarwienia emocjonalnego. Konkretne daty, godziny, wszystkie szczegóły tego, co się stało, ale ani słowa o tym, dlaczego tak bardzo ją to uderzyło. Vincent bezwiednie wodził palcem wskazującym po brodzie. Ostry zarost łaskotał opuszek jego palca.
Bezradność. Człowiek po kilku sesjach mógł uporać się z nawet najbardziej irracjonalnym strachem. Po kilkunastu umiał wyrzucić nawet z siebie złość, towarzyszącą wspomnieniom; był w stanie oczyścić się z negatywnych emocji i zamknąć pewien rozdział w swoim życiu. Bezradność natomiast była jak rzep. Im usilniej staramy się go usunąć, tym mocniej tkwi we włosach.
- Byłaś bezradna, bo nie mogłaś, nie chciałaś, czy nie potrafiłaś czegoś zrobić?
Wystarczy długo powtarzać sobie w głowie racjonalne argumenty, by pozbyć się wyrzutów sumienia z powodu tego, że nie potrafiło się czegoś zrobić. Trzeba nakreślić całą sytuację w odpowiednim świetle, by pokazać, że bezradność wynikała z braku umiejętności. Nikt nie jest alfą i omegą, choć zrozumienie tego wymaga czasu. Relatywnie łatwo można uporać się również z bezradnością, której przyczyną była niechęć do zrobienia czegoś. Każdy z nas ma swoje wartości w życiu, które stanowią o tym jakim jest człowiekiem i aby żyć ze sobą w zgodzie wystarczy nie przekraczać niedozwolonych granic. Najgorzej odegnać świadomość własnej niemocy. Czas pozwala ją wyciszyć, ale ona wciąż w nas siedzi. Kołacze się w tyle głowy i przypomina o tym, że mieliśmy możliwości i chęci, ale nie podołaliśmy. Pokonanie sumienia wymaga naprawdę długiej walki z własną psychiką.
- Dlaczego nie kontynuowałaś psychoterapii? – w dwóch łykach rozprawił się z resztką kawy, która znajdowała się w jego filiżance. Kobiecie zajęło to zdecydowanie mniej czasu.
Ton jej głosu, mimika twarzy i postawa nijak się miały do słów, które opuszczały jej usta i spojrzenia, które dzielnie znosiło nieustępliwy wzrok uzdrowiciela. Starała się stwarzać wrażenie zdystansowanej, niedostępnej, wyobcowanej, a tymczasem każde słowo świadczyło o tym, że chciała, by ktoś pokruszył ten lodowy mur, który pieczołowicie wokół siebie wybudowała.
- Co Ci się śni?
 Mężczyzna jednym machnięciem różdżki odprawił puste filiżanki na stolik, uprzątając tym samym nieporządek na biurku. Znów ułożył dłoń na papierowej teczce i przesunął po niej opuszkami palców, badając jej fakturę. Wciąż trzymała się kurczowo oficjalnej formy. Nic dziwnego – natychmiastowe przejście na Ty zepsułoby całą tą otoczkę, którą dobudowywała swej historii. Nie wiedział kto kogo oswoił – czy Anker ją, czy ona Ankera, ale jedno było pewnie - Løvenskiold nie zamierzała mu niczego ułatwiać. Chciała, by przeszedł przez to samo, co jego kolega po fachu. Musiał odprawić odpowiedni rytuał, by wkupić się w łaski tej kapryśnej aurorki. Otwarcie jednak opowiadała na wszystkie pytania – nie mógł tego nie przyjąć za dobrą wróżbę.
- Z tego co mi wiadomo, to Filia ma już osobę, która opiekuje się tym stadem szczeniaków. Nie uznajesz metod swej przełożonej, panny Blodeuwedd?
avatar
Vincent Cramer
Uzdrowiciel


Wiek : 39
Skąd : Catanzarro, Włochy
Krew : czysta
Majątek : bogaty

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t764-skrytka-pocztowa-vincenta

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Amandine Løvenskiold on Pon 01 Lip 2013, 17:29

Jej słowa niewątpliwie po raz pierwszy były tak szczere - i to szczere z własnej woli, bez większych nacisków ze strony uzdrowiciela. Może dlatego, że z każdym kolejnym zdaniem czuła się trochę lepiej. Poprawa miała okazać się zapewne krótkotrwała - nie było cudów, jedna wizyta nie zapewni diamteralnej zmiany - ale nawet to wystarczyło, by Amandine odpowiadała otwarcie i bez uników. Bo rzeczywiście pragnęła coś zmienić. Dbanie o barierę, którą się otoczyła, a która dotąd była niezłym sposobem na życie, z każdym dniem coraz bardziej ją męczyło.
- Nie mogłam, nie potrafiłam. I nie chciałam. - Podczas, gdy dwa pierwsze nie ciągnęły ze sobą wspomnienia przerażenia i naturalnego żalu, prawdziwym problemem było ostatnie nie i związane z nim poczucie winy.
W pewnym momencie krzyżowanie spojrzeń z udzrowicielem okazało się ponad jej siły. To, że odwróciła wzrok, stało się pierwszą rysą na jej pozie, dodatkowo sugerującą, że psychika Amy może być w stanie znacznie gorszym, niż ktokolwiek mógłby podejrzewać. Niż sama mogła podejrzewać.
- Bo nic nie zmieniała. - Prychnęła cicho, po raz pierwszy okazując tak jawne zdegustowanie. - Przed i po niej było tak samo. Świat był tak samo szary, przeszłość tak samo trudna do udźwignięcia. W takiej sytuacji cała ta psychoterapia, oklepane formułki i dążenie psychoterapeuty do zaszufladkowania mnie były zupełnie pozbawione sensu.
Znów pojawiła się myśl - co ja tu robię? Tym razem jednak odpowiedź pojawiła się niemal od razu. Po raz pierwszy od pojawienia się w Anglii potrzebowała z kimś porozmawiać, w miarę możliwości szczerze i bez obaw, że zostanie za swe słowa osądzona - a przykra prawda była taka, że zwyczajnie nie miała tu nikogo, kto do takiej rozmowy byłby odpowiednim kandydatem. Jej liczni znajomi, z których żaden nigdy nie miał być jej wystarczająco bliski, ściśle wiązali się z jej pracą, co w takich okolicznościach od ręki ich wykluczało. A inni? Nie miała innych.
- Sny... - Dotąd odpowiadając niemal bez wahania, teraz natknęła się na wątpliwości. Strach, że wspomnienia ubrane w słowa nabiorą sił, sparaliżował ją. Już i tak budziła się zmęczona znacznie bardziej, niż byłaby po całej nocy na nogach. Naprawdę chciała ryzykować, że będzie jeszcze gorzej?
Zbyt długie milczenie nie było jednak rozwiązaniem, toteż chrząknęła cicho, by wreszcie wydobyć z siebie lakoniczną odpowiedź.
- Dzień, w którym popełniłam błąd, za który zapłacił ktoś inny. - Od paru chwil nieobecne spojrzenie znów nabrało wyrazu, gdy ponownie przeniosła je na uzdrowiciela. - Jeden dzień. Właściwie kilka godzin. To właśnie mi się śni.
Potrzebowała chwili, by doprowadzić się do porządku. By jej głos znów brzmiał, tak jak trzeba, a wyrywające się spod kontroli przygnębienie znów zostało zepchnięte w cień.
- Nie uznaję jej uległości wobec niewydolnego systemu. - Chwilowy powrót do tematu znacznie bardziej neutralnego tematu pozwalało złapać oddech i umocnić mur. Przypomnienie sobie, że wciąż jest tylko człowiekiem, który ma swoje granice było ostatnim, czego w tej chwili chciała. Zwyczajnie nie była gotowa.
- Ona, tak jak i ja, dostrzega z pewnością, co dzieje się z Filią, ale z jakiegoś powodu nic z tym nie robi. A wystarczyłoby tylko podnieść poprzeczkę przyjmowanym. - Wzruszyła lekko ramionami. - Branie wszystkich jak leci sprawia, że Filia jest cyrkiem, nie instytucją bezpieczeństwa.
avatar
Amandine Løvenskiold
V-ce dyrektor Filii Aurorów


Wiek : 31
Skąd : Oslo, Norwegia
Krew : czysta
Majątek : zamożna

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t766-skrytka-pocztowa-amandine

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Vincent Cramer on Wto 02 Lip 2013, 23:41

Byłoby zbyt prosto, gdyby Amadine dotyczyła zaledwie jedna z tych trzech możliwości. Kilka najbliższych miesięcy z tą pacjentką zapowiadało się pracowicie. I ciekawe. Cramer od przypadku panny Carmadaye poświęcił się całkowicie pracy na izbie przyjęć. Nie mógł powiedzieć, żeby był wyjątkowo niezadowolony z tego powodu. Każde wezwanie wiązało się z zastrzykiem adrenaliny. Musiał rzucić wszystko i biec na miejsce, nie wiedząc czego się do końca spodziewać. Pamiętał swoje pierwsze miesiące pracy w szpitalu. Był tak nabuzowany, że gdy w końcu wracał do domu po wyczerpującym dyżurze nie mógł zasnąć. A dłonie drżały mu tak, że ledwo trzymał kubek z kawą. Brakowało mu trochę tego animuszu. Zdążył już przywyknąć, ale przede wszystkim zaczął w końcu ufać sobie i swoim decyzjom. To jest właśnie najgorsze w stawianiu pierwszych kroków w zawodzie. Człowiek ma głowę pełną mądrych, opasłych książek, ale gdy staje przed prawdziwym człowiekiem, jego namacalnymi dolegliwościami i realnymi problemami nagle czuje się cholernie niepewnie. Na ręce patrzą mu nie tylko pacjenci, ale i przełożeni, którzy czekają na najmniejsze potknięcie. Co roku mają taki wysyp absolwentów, że mogą przebierać do woli. I chętnie z tego korzystają. Wielu znajomych Vincenta rzuciło to wszystko w cholerę po pierwszym stażu. Nie zweryfikowała ich uczelnia, to zrobiło to życie. Cramer był zbyt uparty, by przegrać tą walkę o ostatnich sześć lat swojej egzystencji. Zbyt wiele czasu i serca włożył w naukę, żeby stwierdzić, że się do tego nie nadaje. Można więc poniekąd powiedzieć, że został lekarzem z uporu. Czy zdarzały mu się chwile zwątpienia? A bo to jedna? Któregokolwiek z młodych lekarzy by nie spytać o pierwszy moment załamania, każdy odpowie natychmiast: śmierć pierwszego pacjenta. Ten uzdrowiciel nie wyróżniał się pod tym względem. Doskonale pamiętał tą młodą, czarnoskórą dziewczynę, którą przywieziono w nocy do szpitala św. Munga. Był wtedy piątek, piąty dzień jego stażu. Czwarta rano. Doskonale to pamiętał. Ta godzina prześladowała go jeszcze przez wiele tygodni. Przywieziono ją dwa dni wcześniej. Została pobita przez grupkę podpitych studentów. Była w ciężkim stanie, ale wybudziła się po czterdziestu ośmiu godzinach. Chciała wrócić do domu i o wszystkim zapomnieć.  A później nastąpił kryzys. O 4 nad ranem jej serce stanęło. Cały świat kręcił się dalej – ludzie spali spokojnie w swoich domach, na ulicach panowała absolutna cisza. Siedział przy jej łóżku do szóstej. Później musiał przekazać ciało do prosektorium.
Brunet zamyślił się na zdecydowanie zbyt długą chwilę.
- Przed nią i po niej było faktycznie tak samo? A nie było tak, że przez to że byłaś nastawiona do niej negatywnie nie zauważałaś efektów? – uzdrowiciel podrapał się po brodzie, znów powracając wzrokiem na bladą twarz czarownicy z północy. Miał świadomość tego jak wyglądają psychoterapie, które nie są prowadzone indywidualnie. Chodziło o ilość, a nie jakość. Nie liczyło się to w jakim stanie pacjenci wyjdą z sesji, ale czy przyjdą na kolejną. Liczyły się pieniądze, a nie problemy. Im cała terapia bardziej rozciągała się w czasie, tym klient był więcej wart.
- Co się wtedy stało? – spytał w końcu wprost. Ton jego głosu i mimika twarzy pozostawały niezmienne. Podczas kilku lat spotkań z pacjentami nauczył się być… przezroczystym. Bezbarwnym. Nijakim. Przychodzący do niego ludzie mieli słyszeć pytania, ale nie widzieć człowieka. Między innymi dlatego kozetki w większości gabinetów ustawione były tyłem do stanowiska, które zajmował lekarz. Cała ta psychoterapia miała wyglądać tak, jakby człowiek zadawał sobie sam pytania i sam również szukał na nie odpowiedzi.
Cramer odnotował w myślach, by zawrzeć w karcie panny Løvenskiold wyjątkową skłonność do powtarzania się na temat nieudolności systemu. Była buntowniczką, nie wiadomo jedynie czy z wyboru, czy z konieczności.
- Nie przepadasz za kobietami, prawda? Czy to przez którąś byłaś zmuszona przerzucić odpowiedzialność za swoje błędy na kogoś innego?
Jego dyżur dobiegł końca już ponad godzinę temu. Nigdzie mu się jednak nie spieszyło. Ani Penelope, ani Noemi nie wróciły jeszcze z Hogwartu. Rozmowa z tą młodą kobietą była zdecydowanie ciekawsza od wodzeniem wzrokiem po pustych ścianach. To spotkanie było potrzebne nie tylko Amadine. Vincent od kilku tygodni porozumiewał się z ludźmi jedynie po to, by uzyskać od nich jakieś informacje medyczne lub by przekazać pacjentom diagnozy. W końcu miał szansę zamienić z kimś więcej niż dwa zdania. W końcu mógł poznać kolejną historię.
- Co z Twoją rodziną?
avatar
Vincent Cramer
Uzdrowiciel


Wiek : 39
Skąd : Catanzarro, Włochy
Krew : czysta
Majątek : bogaty

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t764-skrytka-pocztowa-vincenta

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Amandine Løvenskiold on Sro 03 Lip 2013, 08:35

Pierwsze dni kariery chyba zawsze się pamięta. Niezależnie, czy jest się aurorem, uzdrowicielem czy stojącym za ladą sklepowym sprzedawcą - start na nowej drodze jest tak samo trudny i emocjonujący. Gorzej, gdy poza naturalną dawką adrenaliny dostarcza jeszcze emocji nadmiarowych - takich, które prześladują i wprowadzają racjonalny umysł na ścieżkę samodestrukcji.
- Było tak samo. - Nie udało jej się stłumić irytacji. Zawsze było tak samo, poczynając od zajęć grupowych po indywidualne. Zarówno tam, jak i tu, gdy wreszcie skupiła na sobie odrobinę uwagi, musiało to pociągnąć za sobą podejrzliwość i nieufność, bo właśnie tak wyglądało to w jej oczach. - Tam nikt nie raczył słuchać. Mieli utarte schematy, według których starali prowadzić się każdego. To, kim się było i co mówiło nie miało absolutnie żadnego znaczenia. - Skrzywiła się gorzko. Gdyby potrafiła mówić nie tylko o emocjach negatywnych, ale również tych wnoszących trochę światła w jej ponure, szare życie, powiedziałaby, że Lauritza pokochała właśnie za to, że ją stamtąd zabrał i był inny. Bo tak, kochała go. Na swój sposób, może jedyny, w jaki kochać potrafiła.
Potem jej głos całkowicie stracił barwę, której nie starała mu się przywrócić. Tylko w taki sposób, zachowując się jak radio odtwarzające starą taśmę, mogła powiedzieć o wszystkim. Inaczej, pozwalając sobie być po prostu człowiekiem - zranionym, zagubionem, najzwyczajniej w świecie smutnym - nie umiałaby przebrnąć przez to po raz kolejny. Musiała być tylko odtwarzaczem tego, co kiedyś się zdażyło, a teraz prześladowało ją w snach.
- W Norwegii jest tak, że gdy zostajesz aurorem, jesteś nikim, póki nie zdasz egzaminów w samej Filii. Studia nie czynią z ciebie nikogo wartościowego. Dają podstawową wiedzę, która przydaje się jedynie po to, by dyrekcja w ogóle raczyła rzucić okiem na twoje papiery. Dopiero zorganizowane przez nich egzaminy pokazują, ile jesteś wart. To na podstawie ich wyników, a nie osiągnięć na uczelni oceniają twoją przydatność i gdzieś cię przydzielają.
Uciekła spojrzeniem po to, by się nie zaciąć. Wiedziała, że mur będzie tam, gdzie zawsze. Że zablokuje się w tym samym miejscu, po czym ostatkiem sił wykrztusi lakoniczne zakończenie. Napotykając jednak uważne spojrzenie uzdrowiciela, mogłaby nie dobrnąć nawet tam.
- Zdałam wszystkie, zasługując tym samym na wypuszczenie mnie w teren. To było zaszczytem, bo znaczna większość moich znajomych z uczelni po egzaminach dopuszczona została co najwyżej do biurka i stosu papierów, które trzeba było analizować, segregować, układać. Mnie też to nie ominęło, ale przy okazji miałam też akcje. Tamta była drugą. Cieszyłam się jak dziecko, bo zapowiadało się coś ciekawszego niż na pierwszej. Ciekawszego, ale, jak wszyscy zarzekali, prostego i przyjemnego. Inaczej nikt by mnie tam nie puścił. Szczeniaki nie są przeznaczone do prawdziwej pracy, tak u nas mówią. - Przygryzła lekko dolną wargę nawet tego nie zauważając. Po raz pierwszy wyglądała bardziej jak żywa, oddychająca, czująca istota niż działający zgodnie z oprogramowaniem robot policyjny. - Ale Breitholtz i Greta Hilde, tak nazywali się przydzieleni mi opiekunowie. Interwencja w sprawie dzikich czarowników, tak brzmiało to fachowo. Miało być bezproblemowo, bo to młodziaki bez dobrego wykształcenia magicznego. Samouki, które rzadko bo rzadko, ale jednak się zdarzają. Mieszkali w podmiejskim squacie i aż do chwili, gdy zaczęli uciekać, rzeczywiście nie działo się nic szczególnego. Tylko, że nagle okazało się, że w squacie są ukryte drzwi, o których nikt nie wiedział, za nimi korytarz, a w tym korytarzu... - Odetchnęła bardzo powoli. Czuła się tak, jakby wchodziła coraz głębiej w bagno. Słowa opierały jej się i coraz trudniej przychodziło jej mówić składnie, zrozumiale, a przede wszystkim - bez emocji.
- Zdążyliśmy zrobić może dwa, trzy kroki, gdy zaczął wyć alarm. To nie było zaklęcie, które mogło rzucić któreś z tamtych, ale wtedy nikt o tym nie pomyślał. - Zaśmiała się gorzko. - Bo z aurorami jest tak, że mają tendencję przeceniać siebie i niedoceniać wroga. Skoro na odprawie powiedziano nam, że jest tylko ta dwójka, to najwyraźniej tak było. Nie poddawaliśmy tego w wątpliwość. Gdybyśmy to zrobili, nic by się nie stało. Tymczasem Alex kazał się rozdzielić. On miał iść na wprost, a ja z Gretą, bocznym korytarzem, który nie wiadomo dokąd prowadził. Tak zrobiliśmy. Tylko, że musiałyśmy wrócić szybciej, niż ktokolwiek podejrzewał.
Gdy drobne dłonie zaczęły drżeć na poręczach fotela, wsunęła je między uda. Musiała stąd wyjść. Musiała stąd, do cholery, wyjść! Zamiast tego kontynuowała. To już prawie koniec. Jeszcze tylko śmierć.
- Gdy usłyszałyśmy krzyk, było już za późno. Greta wypadła z korytarza pierwsza, ja powinnam biec za nią, ale nie biegłam. Breitholtz... on... Poza tamtymi, o których wiedzieliśmy, była jeszcze dwójka. Dwójka znacznie lepiej wykształcona i opanowana. Dwójka wiedząca, jak posługiwać się bronią mugoli, bronią palną. Zastrzelili Alexa, bo nie spodziewał się takiego ataku. Gotów był odeprzeć każde zaklęcie, ale nie kolejne kule. Zanim znalazłyśmy... zanim Greta znalazła się obok, było już po wszystkim, przynajmniej jeśli chodziło o Alexa.
Miałam idealną pozycję, by coś zrobić. Idealną. Pomimo całej rozwagi tamtych, zbyt skupili się na widocznych aurorach i chyba nie mieli o mnie pojęcia. Ale ja nic nie zrobiłam. Uczono mnie, jak reagować, uczono, co robić, ale... Pozwoliłam zrobić jej krzywdę. Jak gdyby Alex to było za mało.
Tamci zdążyli uciec, gdy dotarły posiłki. Chociaż, na dobrą sprawę, to już nie były posiłki. To była delegacja po ciało i ranną koleżankę. Dopiero na ich widok zdążyłam zrobić krok. Tylko jeden, bo nim uczyniłam kolejny, ktoś objął mnie, odwrócił, bym nie widziała już nic więcej i wyprowadził z budynku. Wyłam jak pies. Nagle okazało się, że całe te studia i egzaminy są gówno warte.
Odzyskałam trzeźwość myślenia znacznie szybciej, niż bym chciała. Gdy Greta zmarła w szpitalu, dotarło do do mnie w pełni. Zabiłam ją. Wszyscy mieli rację. Byłam szczeniakiem jak wszyscy z mojego roku. Widziałam, jak tamten rozbraja ją, by potem spokojnie przymierzyć się do strzału. Wszystko to widziałam. I pozwoliłam na to.
Chciała powiedzieć znacznie więcej. Teraz, gdy wyrzuciła to z siebie, mogła powiedzieć, że nikt poza nią samą jej nie obwiniał, że każdy powtarzał to się zdarza, że na pogrzebie obojga nikt nie patrzył na nią jak na kogoś, kogo nie powinno tam być. Mogła też wyjaśnić jeszcze to ostatnie nie. Nie chciałam. Tylko nagle zapomniała słów. Kiedy zaszkliły jej się oczy, miała dość.
Wstała z fotela, wciąż starannie unikając spojrzenia uzdrowiciela. Nie potrafiła się nawet pożegnać. Z oparcia fotela zabrała swój płaszcz i wyszła bez słowa, ukradkiem wycierając pierwsze, gorące, irytujące łzy. Drzwi nie trzasnęły. Została przy nich na tyle długo, by móc zamknąć je ostrożnie, po cichu.
avatar
Amandine Løvenskiold
V-ce dyrektor Filii Aurorów


Wiek : 31
Skąd : Oslo, Norwegia
Krew : czysta
Majątek : zamożna

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t766-skrytka-pocztowa-amandine

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Vincent Cramer on Pon 04 Lis 2013, 18:51

Zamek cicho zarzęził. Vincent położył dłoń na klamce i nacisnął lekko. Drzwi łatwo ustąpiły. Ostatni raz był w swoim gabinecie ponad miesiąc temu. W pomieszczeniu panował lekki zaduch. Czarne, sięgające parkietu zasłony były zaciągnięte, uniemożliwiając dojrzenie w nieprzeniknionej czerni choćby własnego, wyciągniętego ramienia.
- Lumos.
Szeleszczące pergaminy wyściełały podłogę niczym drogi, perski dywan. Coś ważnego musiało wyrwać go z jaskini, skoro pozostawił ją po sobie w tak nagannym stanie. Nie miał jednak zamiaru zaprzątać sobie tym teraz głowy. Posiłkując się zaklęciami odsłonił i uchylił okno. Pergaminy wzbiły się w powietrze i ułożywszy się w równy stos na blacie starego biurka więcej już nie bezcześciły wzroku porozrzucane w nieładzie po kątach. Nim usiadł na fotelu przygotował sobie filiżankę mocnej kawy. Wstawienie mugolskiego ekspresu do gabinetu było jedną z lepszych decyzji, jakie podjął. Nie musiał biegać na drugie piętro do kawiarenki, ani odrywać od zajęć pielęgniarek. W tym szpitalu nikomu nie brakowało rozrywek. Wszyscy cierpieli jedynie na brak czasu.
Gorzka kawa spełniła swoje zadanie. Cramer czuł jak jego dłonie zaczynają delikatnie drżeć, a sen i zmęczenie rozpływają się w gorącym wciąż napoju. Przywołał do siebie jeden z opasłych tomów z dziedziny psychiatrii i zaczął ją pospiesznie wertować, starając się rozgryźć przyczynę zagadkowych objawów Gryfonki, którą przetransportowano dziś do szpitala.
avatar
Vincent Cramer
Uzdrowiciel


Wiek : 39
Skąd : Catanzarro, Włochy
Krew : czysta
Majątek : bogaty

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t764-skrytka-pocztowa-vincenta

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Danielle Panzer on Pon 03 Lis 2014, 11:16

Tego dnia Evangelina miała istne urwanie głowy. Czarodziej w ciężkim stanie po wypadku, kobieta do cesarki i kontrola z nadzoru farmaceutycznego były tylko zapowiedzią dalszych paskudnych wydarzeń. Sanitariusz wziął wolne, a koleżankę dotkliwie pocięła sklątka tylnowybuchowa, przez co sama stała się pacjentem na oddziale magizoologicznym. A na dodatek o czternastej trzydzieści Eva miała wyznaczoną rozmowę z dyrektorem Kliniki Magicznych Chorób i Urazów, którego przez wszystkie lata swojego stażu w szpitalu unikała jak ognia.
Nooo, do jego gabinetu absolutnie nie mogła się spóźnić, choćby nie wiem co! Z rozpaczą pomyślała, że Annabelle się zezłości, bo znowu nie wróci na czas. Czasami chciała dać się sklonować, żeby ze wszystkim zdążyć, ale w końcu sama zdecydowała się na taki zawód i mogła mieć pretensje tylko do siebie.
Ale wybierając studia, nie wzięła pod uwagę, że kiedyś będzie miała dom i dziecko. Stanowczo zbyt mało czasu poświęcała osobistemu życiu. Już od dawna stała przed tym dylematem. Jeśli zajmie się córką i porzuci ukochany zawód, to kto je utrzyma?
Pogrążona w ponurych rozmyśleniach, szybko i sprawnie przygotowała panią Princley do operacji i przekazała ją potem prawdziwym uzdrowicielom. Skoczyła później do apteki, żeby dokończyć eliksir szkiele-wzro na CITO (pojęcie, którego jej opiekun praktyk nadużywał. To samo z "asap"). I jakimś cudem zdążyła się ze wszystkim uporać, a teraz stała przed drzwiami z drewnianą tabliczką "Vincent Cramer" i ociągała się z wejściem do środka. Czy zatrudnią ją na stałe? Czy przyjęto jej podanie o rozpoczęcie specjalizacji? Czy on ją pamięta?!
Miała dwadzieścia parę lat i ani nie była piękna, ani zgrabna. Stosowała tylko podstawowe kosmetyki nawilżające, nie lubiła makijażu, bo z nim czuła się jak klown w cyrku. Lata w odpowiedzialnym i sterylnym zawodzie, opuściły ją w dziedzinie dbania o swój wygląd. Teraz w jej myślach pojawiła się sylwetka mężczyzny, który w jej wspomnieniach miał nieprzyjemny uśmiech playboya i obrzydliwie przystojne oczy.
Skrzywiła się do siebie w duchu i zapukała do drzwi.
avatar
Danielle Panzer
Uzdrowiciel


Wiek : 30
Skąd : Dolina Godyryka
Krew : 1/2
Majątek : klasa średnia

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Vincent Cramer on Pią 07 Lis 2014, 21:47

Vincent od dobrego kwadransa drzemał zatopiony w miękkim, skórzanym fotelu z nogami skrzyżowanymi w kostkach na blacie biurka i odchyloną na oparcie głową. Wpadające między rozchylone wargi powietrze wpadało w turbulencje, czego efektem było - zapewne doskonale słyszalne pod drzwiami - donośne chrapanie. Splecione na brzuchu dłonie unosiły się i opadały w rytm spokojnych i głębokich oddechów mężczyzny.
A miał usiąść tylko na chwilę. Chodziło przecież o jeden podpis. Mały, cholerny podpis. Wyjęte z kałamarza pióro wciąż leżało na rozwiniętym podaniu o przyjęcie na specjalizację.
Nim zasnął pobieżnie przemknął pojrzeniem po wykaligrafowanych linijkach. Gdy dotarł do fragmentu o edukacji jego powieki zrobiły się niewyobrażalnie ciężkie. Nie chciały współpracować już od poranka i pierwszego rozdzierającego dźwięku budzika Penelope, ale dopiero teraz sprawiły wrażenie, jakby każda z nich ważyła co najmniej 50 funtów. Przestał mu nawet przeszkadzać krzywy profil mebla, który każdego wieczora po całym dniu pracy bezlitośnie wpijał mu się w plecy.
Pogrążony w sennym marazmie nie miał pojęcia o rozterkach, które nękały młodziutką uzdrowicielkę, stojącą zaledwie kilka metrów dalej za starymi, dębowymi drzwiami. Prawdę powiedziawszy w chwili obecnej nie miał nawet pojęcia o jej istnieniu. Jedna z pielęgniarek wspomniała coś rano o nowej pracownicy, lecz w ferworze unikania kolejnych fal wymiotów 7-latka, który zjadł cały pojemniczek owocowej pasty do zębów, mogło to umknąć jego uwadze.
Pukała? Z równie marnym efektem mogłaby staranować drzwi jednym z rozklekotanych łóżek na kółkach: Vincent - Auror Super Bohater kilkaset mil stąd wtrącał do celi kolejnego nicponia i w głębokim poważaniu miał sprawy budynku, w którym właśnie przebywał. Niektóre rzeczy się nie zmieniają z upływem czasu.
avatar
Vincent Cramer
Uzdrowiciel


Wiek : 39
Skąd : Catanzarro, Włochy
Krew : czysta
Majątek : bogaty

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t764-skrytka-pocztowa-vincenta

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Danielle Panzer on Pią 07 Lis 2014, 22:12

Z pewnością nie pomyliła godzin. Zaplanowała wszystko idealnie, żeby zjawić się w jego gabinecie punktualnie, więc dlaczego nie otwierał? Szum przejeżdżającego łóżka szpitalnego zagłuszył na moment chrapanie Vincenta, więc niczego nieświadoma dziewczyna czekała przed wejściem.
Zerknęła na zegarek. Spóźniał się już trzy minuty. W jej grafiku było to niedopuszczalne. Miała jeszcze przygotować obiad dla Anny i zabrać Bonda na czyszczenie zębów. Poprawiła nerwowo zieloną szatę i przejrzała się w błyszczącej antyramie z jakimś wyróżnieniem dla szpitala. Nana ma rację, że mogłabym zainwestować we fryzjera. Rozpuściła włosy i potargała je bardziej, żeby nie wyglądały tak bardzo mizernie, jakie były w rzeczywistości. Jeszcze raz zapukała, z tym samym skutkiem.
Zniecierpliwiona czarownica postanowiła złapać za klamkę i samej się przekonać, czy pokój jest na pewno zamknięty. Gdyby wpadła na to parę minut wcześniej darowałaby sobie to stanie na korytarzu i spojrzenia pielęgniarek, które patrzyły na nią niemal ze współczuciem. Drzwi ustąpiły, a kobieta weszła do pomieszczenia, zanim jeszcze zerknęła do jego środka.
- Przepraszam, że... - urwała w połowie, unosząc spojrzenie. Zobaczyła śpiącego w nonszalanckiej pozie mężczyznę na skórzanym fotelu. Na cycki Roweny! Oddech uzdrowicielki ugrzązł w gardle, lustrując tego diabła w ludzkiej postaci. Tylko diabeł mógł wyglądać tak niewinnie po tym wszystkim co zrobił w życiu. Nie przyglądała mu się jednak długo. Zamknęła za sobą drzwi głośniej niż zamierzała i chrząknęła dwa razy, wyraźnie chcąc tym obudzić szefa.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale byliśmy umówieni na 14:30 - powiedziała ze skrępowaniem, chowając dłonie do kieszeni lekarskiego kiltu. No, dyrektorek wiedział jak się wygodnie urządzić.
avatar
Danielle Panzer
Uzdrowiciel


Wiek : 30
Skąd : Dolina Godyryka
Krew : 1/2
Majątek : klasa średnia

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Vincent Cramer on Pią 07 Lis 2014, 22:59

Przywarł do ściany i zacisnął dłoń na rękojeści różdżki. Miał go w garści. Gra skończona. Do uszu uzdrowiciela doleciało ciche pukanie do drzwi.
A niech to. Jest ich więcej.
Zacisnął szczękę, lecz nie spuścił wzroku z mężczyzny. Narastająca obawa, że znów mu się wymknie była paraliżująca. Donośny trzask poprzedziła salwa głuchych uderzeń.
- Kurwa...
Vincent pochylił się gwałtownie. Stopy ześlizgnęły mu się z biurka, a krzesło odjechało w siną dal. Wyrwany z głębokiego snu mężczyzna z łoskotem wylądował na przykurzonym dywanie, wciąż nie do końca mogąc zlokalizować nie tylko aktualne położenie swych kończyn, ale i siebie w całej czasoprzestrzeni. Umożliwił mu to dopiero komunikat rudowłosej kobiety. Siedząc wciąż pod biurkiem i rozmasowując obolałe biodro zerknął z ukosa na uzdrowicielkę, której twarz wydawała mu się skądś znajomą.
- Tak, tak, wiem - wychrypiał, zbierając się na czworaka i wychylając wreszcie zza starego mebla. Podniósł przy okazji pióro, które strącił nogą podczas nieprzyjemnego lądowania na posadzce.
- Spóźniła się Pani.
Vincent przetarł twarz, chcąc usunąć z niej dowody zbrodni w postaci zaspanego i nieprzytomnego wyrazu. Jednym szarpnięciem ustawił fotel na właściwym miejscu.
- Proszę usiąść - wskazał czarownicy wolne krzesło. Nim spoczął poprawił przekrzywiony uniform i zwilżył wargi zimną kawą.
Cramer odchrząknął i posłał kobiecie pytające spojrzenie. Miał nadzieję, że nie będzie kazała mu szukać w zakamarkach pamięci przyczyny dzisiejszej wizyty. Ledwo pamiętał kim w tym momencie jest. Jednak wrażenie znajomości zielonych, kocich oczu i ognistych kosmyków z każdą chwilą przybierało na sile.
- Znamy się - stwierdził powoli, mrużąc powieki i wspierając podbródek na splecionych dłoniach.
avatar
Vincent Cramer
Uzdrowiciel


Wiek : 39
Skąd : Catanzarro, Włochy
Krew : czysta
Majątek : bogaty

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t764-skrytka-pocztowa-vincenta

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Danielle Panzer on Pią 07 Lis 2014, 23:30

Taki niespokojny sen, a twarz wydawała się niezmącona żadną troską. Większość tego co się dzieje w naszych głowach, w nich na szczęście pozostaje, prawda Cramer?
Jej oczy rozszerzyły się nieco bardziej, kiedy udało jej się obudzić śpiącą królewnę, w niemym wyrazie zdziwienia tą gwałtowną reakcją. Tego się nie spodziewała. No ale cóż, nie starała się być delikatna. Dobrze, że nie podeszła do niego po prostu i nie wymierzyła siarczystego uderzenia w policzek. Bo to jej przez moment chodziło po głowie. Ale przecież już ponad pięć lat temu obiecała sobie, że ten mężczyzna nie po prostu nie istniał. Bo miał napisać, a nigdy nie napisał. Trochę jej to zajęło, żeby zorientować się, że wszyscy mężczyźni to obiecują i trzeba im zacząć wybaczać te samcze usterki.
Postarała się zignorować jego gepardzie ruchy na dywanie, więc utkwiła wzrok w regale, jakby było tam coś ciekawego. Pierwszy raz była w gabinecie dyrektora. Imponujące. Jej spojrzenie wróciło do niego natychmiast, kiedy oskarżył ją o niepunktualność. Zmarszczyła brwi i w ostatniej chwili powstrzymała się przed jakimkolwiek komentarzem. Zielone tęczówki strzelały w mężczyznę piorunami, ale w myślach uspakajała się, żeby nie wszczynać niepotrzebnych dyskusji. Krótka gadka szmatka i zaraz będzie w drodze do domu.
Usiadła na wskazanym przez Vincenta miejscu, zdradzając swoje nastawienie niemal wszystkim. Usiadła głęboko w krześle, skrzyżowała nogi pod siedzeniem, a jej ręce ciasno się przylepiły do ciemnych dżinsów. Jej mina nie wyglądała na zadowoloną i ani trochę nie przypominała pracownika, który stara się właśnie o pracę. Tak jakby chciała zwiększyć dystans między nimi. Stresowała się tą rozmową, czy była czymś wkurzona?
- Evangelina Passion - przeszła do rzeczy, nie wierząc nawet przez sekundę w to, żeby ten Diabeł ją pamiętał sprzed lat. Chyba go w tej kwestii nie za bardzo doceniała, albo to jego stan tamtej nocy kazał jej tak myśleć. Na Merlina, nie była w lepszym.
- Miałam dzisiaj dostać odpowiedź na moje podanie na o pracę specjalizację urazów magizoologicznych w Państwa szpitalu. Skończyłam niedawno staż u doktor [wybierz sobie nazwisko]. - Mówiła prawie przez zaciśnięte zęby i celowo unikała wzroku tych piekielnych oczu. Nie mogła jednak nie zwrócić uwagi na usta, które tak bardzo kogoś jej przypominały. To właśnie na nich skupiła swoją uwagę.
- Dostałam od niej same Wybitne i Zadowalające opinie. Została mi tu zaproponowana nieoficjalnie praca, ale miał się pan jeszcze przyjrzeć moim dokumentom.
Wyjaśniła jak dziecku. Może trochę zbyt dobitnie. Chyba nie powinna się tak zwracać do przełożonego, ale w tej chwili nie panowała nad sobą. Nie raczył nawet sięgnąć po jej teczkę tylko przyglądał się, niczym jakiemuś eksponatowi w muzeum dziwności.
avatar
Danielle Panzer
Uzdrowiciel


Wiek : 30
Skąd : Dolina Godyryka
Krew : 1/2
Majątek : klasa średnia

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Vincent Cramer on Sob 08 Lis 2014, 00:21

Trafne spostrzeżenie, panno Passion. I na tyle obszerne, że objęło obie postacie przebywające w gabinecie. Wszak gdyby choć jeden ze scenariuszy, które powstały przed chwilą w głowie rudowłosej uzdrowicielki wszedł w życie, Cramer zakończyłby nie tylko dyżur z obitą gębą, ale może i nawet żywot. Kto wie jak daleko zaprowadziłyby czarownicę w czynach kumulowane przez lata gniew i żal?
Evangelina Passion.
Krótki przebłysk przeszłości. Jakaś zadymiona speluna. Miles zawodzący na cały regulator do jakiegoś przeboju Fatalnych Jędz. I ona przy barze. Młoda. Naiwna. I pijana jak on. Albo jeszcze lepiej. Niewiele pamiętał nie tylko z tej nocy, ale i z całego tygodnia, o ile nie miesiąca. Do tej pory nie mógł zrozumieć jakim cudem przeżył ten pijacki ciąg. Może właśnie: cudem.
W niczym nie przypominała teraz siebie z przed lat. Wyzywającą pewność siebie pozostawiła gdzieś między drzwiami, a fotelem. Jedynie zielone kocie oczy wciąż skrywały tą samą elektryzującą tajemnicę, która skusiła go tamtej nocy.
Ah. podanie. Cramer przysunął bliżej pergamin, który przyczynił się do jego popołudniowej słabości i umoczył pióro w lśniącym, czarnym atramencie.
- Są w porządku - złożył niewyraźny podpis we wskazanym przez ostrą linię miejscu i zwinął dokument w rulon.
- Jak ten czas leci. Ostatni raz... - i jedyny - ... widzieliśmy się jak szłaś na studia? Czy byłaś na pierwszym roku?
Uzdrowiciel wyciągnął pergamin w kierunku czarownicy przytrzymując go lekko nawet wtedy, gdy ta położyła już na nim swoją dłoń.
- Witam w zespole. Z wszelkimi pytaniami kieruj się do mnie lub dyżurujących uzdrowicieli. Tematy zajęć specjalizacyjnych trzeba pobrać z Dziekanatu i na ich podstawie będą organizowane konkretne zajęcia i cykle zaliczeniowe.
Uzdrowiciel oparł się swobodnie, choć w jego postawie nie było nawet cienia lekceważenia w stosunku do młodszej koleżanki po fachu. Gdyby tylko wiedział, że w loterii życia tego młodego rudzielca wygrał nagrodę Skurwysyna Stulecia z pewnością inaczej poprowadziłby całą rozmowę. Gdyby tylko wiedział...
avatar
Vincent Cramer
Uzdrowiciel


Wiek : 39
Skąd : Catanzarro, Włochy
Krew : czysta
Majątek : bogaty

Zobacz profil autora http://magic-land.forumpolish.com/t764-skrytka-pocztowa-vincenta

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Danielle Panzer on Sob 08 Lis 2014, 01:49

"Skorpiony długo pamiętają urazy i potrafią wziąć za nie odwet nawet po bardzo długim czasie, gdy inni dawno już zapomnieli o całej sprawie".
Kiedy mężczyzna z trudem starał się przypomnieć tę felerną noc, Eva uświadamiała sobie jak bardzo go nienawidzi. Będąc bardziej rozjuszoną mogła powiedzieć o dwa słowa za dużo, albo posunąć się o dwa kroki za daleko. Swoje wszystkie życiowe nieszczęścia skumulowała w tej jednej osobie. I choć w większości na to nie zasługiwał, tak było prościej. Bo przyznać się do własnego błędu jest już znacznie trudniej.
Wszelkie swoje starania skupiła teraz na tym, żeby na jej piegowatej twarzy pozostała profesjonalna maska, która choć trochę mniej będzie zdradzała jej niechęć do doktora Cramera.
- Są w porządku
Jakaś niewidzialna dłoń spoczywająca na jej przełyku powoli zwolniła uścisk. To było dla niej najważniejsze. Nie liczyła się już przeszłość, skoro udało jej się samodzielnie stanąć na nogi. Przyglądała się z satysfakcją na to jak składa podpis.
- Ostatni raz widzieliśmy się jak szłaś na studia?
Wzięła od niego pergamin, nie odpowiadając od razu na pytanie. Uśmiechnęła się niemal w wyrazie wdzięczności, ale potem pokręciła głową.
- Przepraszam, ale nie wiem o czym pan mówi - skłamała gładko. Jej oczy błysnęły prz tym ostrzegawczo jak u modliszki. Lepiej, żeby nie drążył tematu, bo mu odgryzie głowę... O jej przerwie w nauce było napisane czarno na białym. Powód - rodzina. Choroba Nany, śmierć rodziców, ciąża. O tym ostatnim akurat celowo nie wspomniała w żadnych dokumentach.
- Dziękuję - dodała jeszcze i nareszcie zabrzmiało to bardziej przekonywająco, od tego "przepraszam" na samym początku. Zanim wyjdzie z gabinetu musi przejrzeć umowę i chyba sama ją zaaprobować, prawda?
- Dyżury...? - Oho, zaczynało się. Przygryzła dolną wargę, dokładnie tak samo jak miała w zwyczaju te parę lat temu. Jej wzrok przebiegł szybko po literach pisma. - Każdy ma obowiązkową liczbę nocy na Czarodziejskim Oddziale Ratunkowym? - spytała, spoglądając na Vincenta. Poprawiła swoje ułożenie na poduszce krzesła, jakby walczyła ze swoim ciałem o dłuższe pozostanie w tym pomieszczeniu. Musiała się jednak upewnić. Oznaczałoby to niestety, że potrzebuje znaleźć kogoś do opieki nad Naną i Annabelle, kiedy jej nie będzie w domu. A to kolejny wydatek.
avatar
Danielle Panzer
Uzdrowiciel


Wiek : 30
Skąd : Dolina Godyryka
Krew : 1/2
Majątek : klasa średnia

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gabinet dyrektora

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach